Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odcinki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odcinki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2015

Odcinek szósty

I narosło niestety to opóźnienie, nie dlatego, że trudno "Hakerkę" pisać (to jest czynnik występujący od początku), ale dlatego, że rzeczywistość ciągle się o nas upomina. Dlatego też Studio jest zmuszone na stałe zredukować miejsce dla "H." w ramówce i odtąd publikować w drugą niedzielę miesiąca. Z myślą, że jest to termin do dotrzymania. (Czyli następny odcinek będzie 8 lutego... chyba że uda nam się zrobić jakąś niespodziankę).

Trzeba przyznać, że tym razem wysiłek skoncentrował się bardziej na Informacjach niż na ciągu głównym. Jest jednak nadzieja, że w odcinku siódmym przejdziemy do opisu zdarzeń, o które nam tutaj chodziło od początku.


Nieuchronnie straciła rachubę filiżanek kawy, obgryzionych ołówków, komend wprowadzonych w czarnym terminalu; jedynie w notatniku dało się łatwo podliczyć zabazgrane kartki. Kilka dni wystarczyło, by został ukończony kościec programu. Była to maszyna mająca zmierzyć się z właściwym problemem. Emilia siedziała w swoim pokoju na górze, milczała zacięcie i próbowała poszczególne przypadki oraz zestawy danych. Kiedy wynik okazywał się niezgodny z wzorcem (który należało oddzielnie wyliczyć), zaczynało się misterne dostrajanie parametrów, poprawianie trzecich i piątych miejsc po przecinku, co zwykle powodowało sypanie się kodu w jakichś oddalonych miejscach. Zresztą nie wszystko dawało się porządnie przetestować bez automatyzacji tysięcy prób z losowymi zmiennymi, jednak hakerce brakło już ochoty na zagłębianie się w te kwestie.

W szkole rozprzężenie nastało na szczęście zupełne. Tak jak przewidywała Róża, Słabiszewski wycofał się z walki z połrzeczami, przeprosiwszy się z samorządem. Trzeba zaznaczyć, że ten ostatni raczej nie poszedłby na ugodę, gdyby nie pojawił się Tomek z drugiej klasy humanistycznej (tej samej, co Piotrka). Tomek przekonał wszystkich, że chociaż dyrekcja wymaga, żeby uczniowie zapowiedzieli pomoc w planowanych działaniach „porządkowych”, to chodzi tu obu stronom jedynie o deklarację, a praktyka pójdzie własnym torem. Po owej lekcji realnej polityki współpraca szła bardziej bez zakłóceń. Rodzicom nieprzychodzących rozesłano dosyć groźne w tonie monity. Lekcje były jednak łączone i poskracane.

Żeby uzyskać jakieś wyniki na domowej oblicznicy, należało wydzielić dla sieci neuronowej zadanie mniejsze niż frontalne natarcie na kod drukarek czterowymiarowych. Emilia przejrzała w Sieci trzy długie wpisy na blogach na ten temat, w tym jeden pisany przez Hindusa mało gramatycznym angielskim. Z lekkim zamętem w głowie dziewczyna poszła do ogrodu na huśtawkę. Powoli bujając się, patrzyła na swojskie świerki i modrzewie, na krzewy pomidorów i malin rosnące u sąsiadów. Wszystko to było znane na pamięć, niemal odwieczne.

Po dłuższym czasie hakerka zeskoczyła na ziemię wiedząc już, że poszczuje swoim programem ― same tkanki.

Język sprawczy miał bowiem wersję pełną i uproszczoną. W tej drugiej przedmioty składały się ze z grubsza jednolitych kawałów czy brył, zbudowanych z czasoprzestrzennych struktur powtarzalnych (z pewnym marginesem odchylenia) tak jak wzór na materiale. Znaczniki kodu określające ten wzór zamierzała Emilia zadać świeżo uwarunkowanej maszynie. A potem ― zobaczyć, co się stanie.

Dziewczyna wpadła do domu nieco zbyt gwałtownie, niecierpliwie zamykając drzwi wyjściowe.

― Emilia, czy ty nie przesadzasz czasami? ― zawołała mama z kuchni.

― Znowu idziesz do komputera?

No wspaniale, chciałoby się powiedzieć: tata wyłonił się z salonu ze ścierką do wycierania kurzu. Była sobota, więc dostawał od żony różne zadania; wyjeżdżał następnego popołudnia. Jeśli o Emilię chodzi, mycie podłogi mopem było ostatnią rzeczą, do jakiej chciałaby być zagoniona w tej chwili, nawet jeżeli w zasadzie lubiła sprzątać. Błagalne oczy nic nie dały; młoda Dłociliska zdołała tylko wymóc na tacie, żeby dał sobie opowiedzieć o projekcie po skończeniu z pokojem i kuchnią, przed obiadem.

Zaprowadziła rodzica na górę i spróbowała rzecz metodycznie wyjaśnić.

― Ty to wszystko zrobiłaś? ― zapytał tata.

W jego głosie zabrzmiała pewna bezradność, którą Emilia chętnie wzięła za podziw.

― Określiłabym to raczej jako równomierny postęp.

― Wiesz co, mogłabyś uporządkować moje maile. Mam w nich straszny bałagan.

Tego akurat się nie spodziewała, ale zgodziła się na wszelki wypadek.

Wbrew logice, komputer rodziców był nieco nowocześniejszy niż ten należący do Emilii, ale Windows miał przestarzały. Cała poczta leżała w szarym i kanciastym z wyglądu Outlooku Expressie. Dziewczyna westchnęła. Maile piętrzyły się ekran za ekranem, tworząc bezład codziennej korespondencji, reklam i kopii przekazanych do wiadomości (11.). Układając to wszystko w foldery, mogła dowiedzieć się mnóstwa rzeczy, które prawdopodobnie nie były dla niej przeznaczone. Na raz toczyły się setki gier i zabiegów, po różnych zakątkach kraju, po różnych urzędach, chyba nie do ogarnięcia, zwłaszcza że Emilia nie znała się na polityce i nigdy jeszcze nie czuła tego silniej. Można było wprawdzie odnieść wrażenie, że są z grubsza dwie grupy: tych, którzy próbują zachować jakiś porządek biurokracji i tych, którzy by go po trochu rozmontowali. Po być może godzinie zaskoczył któryś obwód w umyśle hakerki i potrafiła sortować wiadomości od jednego spojrzenia, jak automat. Wtedy też stało się to naprawdę nużące. Z ulgą oddała mysz ojcu, gdy skończyła, cokolwiek licząc, że może będzie mogła odtąd spokojniej pracować nad swoim przedsięwzięciem.

― A powiesz mamie, żeby mnie nie cisnęła?

― Jak to „nie cisnęła”? Dziecko, powinnaś się skupiać na tym, co ci może przynieść jakąś przyszłość, uczyć się...

Przyszłość!

― Ale to są praktyczne doświadczenia. Wpiszę to sobie do życiorysu, jeśli mi się uda. Zresztą tak czy inaczej czegoś się uczę.

― Żebyś ty nie poszła do więzienia.

― Nie pójdę.

Następnego dnia jakoś się wykręciła od jechania z rodzicami na dworzec kolejowy. Tata pakował od rana rzeczy do czarnej, plastikowej walizy. Powstała okazja do nowych scysji, bo mama nie bardzo chciała mu pomagać; mówiła, żeby sam sobie wszystkiego szukał. Emilia starała się to przeczekać po cichu w salonie ze szklanką soku pomarańczowego i krakersami, trochę czytając książkę, a trochę nic nie robiąc.

Nadeszła chwila pożegnania. Zawołana, młoda Dłociliska poszła do przedpokoju ― zobaczywszy ojca z walizką poczuła głęboko, że powinna rozstać się z nim czule, i kiedy wtuliła się w niego, ta czułość stała się w pełni szczera. Obok stała mama, niewysoka kobieta, która w nowej prostej fryzurze wyglądała już zupełnie jak typowa lekarka. Chociaż na jej twarzy gościł wyraz chyba w najlepszym razie bezbarwny, Emilia pragnęła przynajmniej domyśleć w nim coś cieplejszego, odpowiedniejszego dla sytuacji (12.).

Potem pojawiły się dni spływające jak woda w głąb zlewu. Wyniki rozruchu sieci neuronowej wychodziły najwidoczniej całkiem obok sedna, a warunkowniczka nie umiała jasno zrozumieć zasady tego błędu. Bo musiała się w tym kryć jakaś regularność. Emilia zrzucała to, co zwracał program, do plików tekstowych; z trudem zdołała namówić mamę, by móc je wydrukować; siedziała potem w pokoju nad porozkładanymi kartkami, przygryzała wargi i myślała. Pierwszy zapał jednak opadał. Znienawidziła gdb, które jej służyło do długich sesji ścigania tego nieznanego defektu to tu, to tam w kodzie źródłowym. Hakerka nie znosiła dobrze klęsk swojego intelektu, bezsilnego wobec tylu zjawisk i braków wzgardzanego życia na mięsie, ale do jasnej cholery, czemu i tutaj...? Piotrek nie pisał (trudno). Z Renatą jakieś mało istotne rozmowy o muzyce i ubraniach.

Aż przyszedł ten wieczór, kiedy zgasły światła (15.).

― Mamo, u ciebie też nie ma prądu?!

― Nie ma!

Emilia zeszła na dół po omacku dobrze znaną drogą. W kuchni sięgnęła po świecę i zapałki. Pojawiło się słabe, szczególne światło, robiące jakby żółte plamy na szybach okiennych. Czekając na mamę, hakerka usiadła przy stole i wzięła magazyn.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Odcinek piąty (serial, w którym nic się nie dzieje)

Od Studia: Informujemy P.T. Czytelników o kolejnym przesunięciu odcinka: tym razem opuszczamy 21 grudnia, żeby opublikować kolejną część 4 stycznia, już w nowym roku. Powód? Pewne objawy wypalenia, chociaż trzeba powiedzieć, że "Hakerka" dopiero powoli nam się rozkręca. Potrzebujemy czasu na zebranie sił i trochę działań promocyjnych. Ale w roku 2015 rozpoczynamy poważne kontruderzenie!


― Dzień dobry, Jan Szpanta, telewizja TVN. Co pani powie o dzisiejszych wydarzeniach w liceum imienia Hugona Kołłątaja?

― Proszę pana, to jest skandal, że dzieci zamiast się uczyć są podburzane przez łobuzerię. Dyrekcja jasno pokazała, że nie zdała egzaminu z zarządzania ― odpowiedziała pani opisana przy dole obrazu jako „matka jednego z licealistów”.

Emilia miała jeszcze na sobie piżamę i oglądała telewizję, półleżąc na kanapie z miską płatków w dłoniach. Była 7:33, 11 marca. Na ekranie policja ładowała Czarka do samochodu. Potem wypowiadała się pracownica urzędu powiatowego o figurze pieprzniczki i włosach żółtych jak siano. Następnie telewizja śniadaniowa zaczęła materiał o powodzi. Jaka ta woda malownicza! gdy tak wszystko zatapia. Emilia czuła się rozkojarzona porankiem, wczorajszym ochrzanem od ojca, popartego przez mamę ― kiedy wróciła, a także swoim rozmyślaniem nad tym, co będzie w szkole. Musiała przedrzeć się przez te siedem godzin, zanim znów uda się jej dorwać do programowania.



Droga do szkoły biegła swoim fragmentem przez park. Dziewczyna lubiła patrzeć na drzewa. Był taki zakątek przy placu zabaw, gdzie właściciele psów pozwalali się bawić zwierzętom; teriery i małe kundelki obwąchiwały się nawzajem, poszczekując, a ich państwo rozmawiali o tym, jakich mają słodkich pupili.

Wyszedłszy z parku, szło się chodnikiem między długim blokiem mieszkalnym a zaparkowanymi przy ulicy samochodami. Parter budynku zajmowały sklepy; Emilia zatrzymała się przy witrynie apteki, żeby zawiązać niesforne sznurówki w trampkach. W obie strony szli przechodnie. Kiedy, siedząc w kucki, miała już się podnieść, szelki plecaka pociągnęły ją w tył. Wyrwała się i pobiegła prosto przed siebie, najprędzej, jak tylko mogła. Usłyszała za sobą śmiechy młodych mężczyzn.



Na WF-ie dostała mocno piłką ręczną w bark, już raczej przypadkiem. Razem z taką Anią, dość miłą okularnicą z biologicznej klasy, którą jednak nazywali kluską, stały na obronie. Własny brzuch, nogi, ręce wydawały się Emilii niesprawne i grube, jej mięśnie były nierozciągnięte (w skłonie nie mogła za nic dotknąć palcami podłogi bez ugięcia kolan), a całe ciało bezbarwne ― ciało ofermy. Trudno powiedzieć, co myślała Ania o sobie. Jeśli chodzi o dziewczyny uwijające się przy piłce na środku sali gimnastycznej, to Emilia nie wątpiła, że są ze swoich ciał zadowolone.

Składy wypadły tego dnia liczebnie marne: ledwie dziesięć ćwiczących w żeńskiej grupie łączonej z dwóch klas. Rzucało się w oczy, że do szkoły przyszło mniej osób niż wczoraj. Brakowało też coraz więcej nauczycieli. Wykruszył się na przykład pan Trzasiuk; historię o ósmej klasa przesiedziała w sali na tak zwanej pracy samodzielnej i tylko co dziesięć minut zaglądał do niej katecheta.

― I wszystko się jednak toczy, jak gdyby nigdy nic ― powiedziała Emilia do Anki, gdy po tej stronie boiska zrobiło się spokojnie.

― No trochę tak. Słyszałaś, że Kulkowska zakwitła?

― Nie.

(9.) Istniały mimo wszystko rzeczy, które potrafiły jeszcze dziwić. Tamta dziewczyna wyglądała na zadowoloną, że może być dla kogoś dostarczycielem nowiny.

― Jest taki chłopak, który koło niej mieszka, na tej samej klatce w bloku znaczy się ― wyjaśniła. ― On ją widział, jak schodziła do piwnicy i była cała, wiesz... obrośnięta... różowymi lilijkami. ― (Ania wymawiała „r” bardzo warcząco). ― I pachniała na cały blok. Dlatego nie przyszła do szkoły.

― O cholera. Wiesz, może nawet wierzę. Mój tata mówi, że staroście mocno na niej zależy, no bo pewnie wiadomo, on ją wypromował i w tym na pewno są jakieś układy. A tu taka heca.

Akcja przeciwnej drużyny przerwała pogaduszki w tym punkcie.



Ale udało się z grubsza przywrócić porządek w placówce. Tymczasowo władzę sprawował wicedyrektor Słabiszewski, twardy człowiek drobnomieszczańskiego pochodzenia, który nie miał w zwyczaju bawić się w niepotrzebną grzeczność. Do końca drugiej przerwy po szkole kręciło się dwóch policjantów. Podobno wpół do ósmej Słabiszewski wkroczył do budynku na oczach dziennikarzy, mając po prawicy wyprężonego konserwatora Bogusława z kluczami, a za sobą zbrojny oddział.

Takie metody najbardziej przypadały do smaku lokalnej administracji; z wyższego szczebla przysłano natomiast psycholożkę. Zniknięcie funkcjonariuszy zbiegło się w czasie z jej przybyciem. Nietrudno było ją zauważyć na korytarzu ― kobiecie mogło mało brakować do metra osiemdziesiąt wzrostu, a przy tym nie była wcale chuda ― kroczyła w jasnych spodniach i takiejże garsonce. Psycholog nosiła duże okulary, zza których przeszywała ludzi i wnętrze szkoły analitycznym spojrzeniem. Jednak na Emilii robiła wrażenie raczej sympatyczne: zdawała się uosabiać racjonalność.

Samodzielnie, mimo poważnego wyglądu, psycholog nie mogła zrobić wiele. Bodaj nie miała jak dotrzeć nawet do dwojga bohaterów afery z ciążą Sylwii ― ani jej, ani Hanuki nie było dzisiaj w szkole ― cóż za niespodzianka. Ale przynajmniej jedną osobę dostarczyła do gabinetu na drugim piętrze Emilia Dłociliska.

Długo się co prawda do tego zbierała. W całym zamieszaniu ostatniego dnia zostało trochę przyćmione zainscenizowane na lekcji „przedstawienie” autorstwa Darka Wysockiego, gdzie by zapewnić gwóźdź programu reżyser pragnął chyba posiąść zastraszonego Przemka Łukiewicza. Przemek akurat pojawił się na zajęciach, w przeciwieństwie do Darka i kolegów.

Łukiewicz od rana z nikim nie rozmawiał, w samotności zajmował się sobą. Na długiej przerwie salę do fizyki pozostawiono otwartą, a większość licealistów wypoczywała podziwiając na świeżym powietrzu niecodzienne stworzenia; Emilia wymyśliła, że zacznie od neutralnej rozmowy. Przeszła się po klasie i ot tak zagadała do Przemka, przeglądającego jakiś zeszyt.

― Dlaczego nie jesteś na dworze? Za zimno?

― A ty? ― odbił w dość oczywisty sposób. ― Sama siedzisz w klasie, skoro mnie pytasz.

― Nie siedzę, technicznie rzecz biorąc, ponieważ chodzę ― Nachyliła się do niego i powiedziała ciszej, by nie słyszeli milkliwy Jurek i dwóch chłopaków grających z tyłu na komórkach: ― Mówiłeś komuś o wczorajszym?

― Nie, nie ― zareagował automatycznie.

― Chodź do psycholog ― weszła mu w słowo, spodziewając się, że będzie stawiał opór.

― Ale po co. Ja jestem zdrowy, Emilia.

― No, to musiało cię przecież wewnętrznie, ten... ― zacięła się. ― A może ci się podobało, co? ― zapytała podkuszona nagle.

Przegięła. Wyszeptała słowo przeprosin.

― A wiesz, że on mnie pyta o to samo? ― podjął Przemek po chwili milczenia i niespodziewanie zdecydował: ― Pokażę ci.

Wyjął telefon, starszy model z klawiaturą, i wszedł w wykaz SMS-ów. Od góry do dołu wypełniały go wpisy od numeru 690 ... ale dalsze sześć cyfr nie przyciągało uwagi tak bardzo jak słowa:

― Po szkole Cie zlapie na ulicy i zerzne dupe w piwnicy

― Przystojny jestes i robisz laske soczysta jak twoja stara i stary

― Uciekasz kurwo ale Cie, zlapie widze jak stoisz w sluchawkach pod 12

I tak dalej, i tak dalej, co godzinę czy nawet co dwadzieścia minut. Emilia w pierwszych sekundach odczuła pewną wstydliwą przyjemność z tego, że przegląda czyjeś SMS-y, ale zaraz zrobiło się jej niedobrze od treści tych wiadomości. Przede wszystkim zrozumiała, dlaczego cały czas mięśnie twarzy chłopaka wyglądały na tak upiornie napięte, jakby musiały podtrzymywać kamienie: był, jak widać, osaczony tym na okrągło. Zaś Darek wydawał się nieobliczalny.

― Przemku, to jest ohydne ― powiedziała cicho.

― To znaczy wiesz... nie chciałem ci tego pokazywać żebyś...

― Teraz tym bardziej powinniśmy się z tym gdzieś udać, to ewidentnie podchodzi pod sprawę kryminalną.

Ustąpił w końcu, pozbawiony w sumie możliwości, by się sprzeciwiać. Młoda hakerka chyba nigdy wcześniej nie robiła czegoś tak poważnego na niwie społecznej; idąc z Przemkiem do gabinetu (10.) miała pod skórą zdziwienie towarzyszące zwykle momentom robienia rzeczy po raz pierwszy. Pomieszczenie, gdzie mieli szukać porady, nieco za małe na klasę z prawdziwego zdarzenia, służyło w swoim czasie jako składzik na różne biologiczne pomoce. W kącie stał szkielet, a na ścianach można było oglądać wewnętrzną budowę ryb i płazów. Kobieta siedziała właśnie nad papierami. Emilia wyjaśniła, że chodzi o jedną sprawę, którą dotąd się nikt nie zajął. Dziewczyna odniosła wrażenie, że już wystarczy jej zaangażowania, więc wyszła. Jeszcze przez chwilę brzmiał jej w uszach tamten głos psychologiczny, niski i jakby ciotkowy.



W południe klasy trzecie wyprowadzono na zewnątrz i ustawiono w szeregu na skraju trawiastego boiska. Ruch wraz z zamieszaniem płoszyły wyciągnięte bezczelnie na murawie połrzeczy; uciekały na legowiska bliżej ogrodzenia i oglądały się niespokojnie; były one zresztą przyczyną tego spędu. Pani Gutkowska, fizyczka, wygłosiła przemówienie, którego fragmenty pojawiły się później w wieczornym reportażu telewizji. Chodziło (mówiła) o aktywizację i włączenie uczniów w pracę na rzecz społeczności, o pokazanie, że mogą wziąć udział w czynieniu miasta lepszym miejscem dla wszystkich. Po wygłoszeniu przez nią tych słów rozdano zebranym łopaty i grabie ze składu. Maturzyści mieli, pilnowani przez Gutkowską i Bogusława, przegonić wszystkie połrzeczy poza teren szkoły; ponoć przyglądał się temu z okna sam wicedyrektor Słabiszewski.

Okazało się jednak, że wykonywaniu tych planów brakuje entuzjazmu. Ludzie próbowali raczej siadać w oddychających fotelach, głaskać pełzające kiełbasiane girlandy albo droczyć się z fokami, będącymi jednocześnie zbiornikami żywności. Niektórzy usiłowali im odsłaniać i drażnić części rodne. Opiekunowie kontrolowali pojedyncze grupy, uspokajali jednego z drugim rozrabiacza, ale młodych było za dużo. Wreszcie okazało się, że kilka osób z III B po cichu uciekło. Pani Gutkowska zapowiedziała dla nich obniżoną ocenę z zachowania.

Wtedy Olek, wiecznie uśmiechnięty kolega Darka, tyczkowaty Ryszard, Basia, blond wamp chodzący w czerwonych spódnicach, i jeszcze paru towarzyszy pod wodzą Edzia, zwanego tak ze względu na pewne podobieństwo z twarzy do Roberta Pattinsona, ogłosiło powstanie związku zawodowego w obronie prześladowanych połrzeczy.

― Powstańcie, żeby walczyć o swoje prawa! ― zagrzmiał Edek do nieświadomych siebie stołów z porozpłaszczanymi nogami.

Zdawało się, że dotarli do pewnej granicy; podczas gdy związkowcy awanturowali się i ściągali uwagę, kolejni uczniowie przeskakiwali przez płot na ulicę. Tamtych ściągnięto w końcu na dywanik do wicedyrektora, ale o oczyszczaniu boiska ucichło, bo rozeszli się prawie wszyscy.



Emilia widziała to i owo przez okno w czasie, kiedy powinna mieć przysposobienie obronne. Była trochę zła, ponieważ do Renaty przyszedł Tomek, który najwyraźniej urwał się ze swojej lekcji: we dwójkę gadali i śmiali się z czegoś bardzo głośno. Szło o jakichś znajomych nieznanych Emilii. Wydarzenia na boisku nie wzbudziły nawet większego podniecenia u ogółu. Jedynie Róża Kowalczak oświadczyła młodej hakerce:

― No, teraz jak Słabiszewski nie pójdzie po rozum do głowy, to się sam załatwi. Będzie musiał dogadywać się z samorządem, jak babcię kocham.

― A co, masz jakiś plan?

― Generalnie chcemy, aby się tam ktoś pogodził z faktem, że sami tego bałaganu nie ogarną. Powinno się zrobić jakieś reformy, żeby nas zaczęli na przykład uczyć praktycznych umiejętności na lekcjach. I amnestię.

― Nie wydaje mi się, żeby to wszystkich pociągało, może poza tymi praktycznymi umiejętnościami ― zauważyła ostrożnie Emilia.

― Więc trzeba uświadamiać! Nigdzie nie ma demokracji za darmo.

Jeszcze trochę i Tomek sobie poszedł, cmoknięty przez Renatę w oba policzki. Wyczerpawszy temat z przewodniczącą samorządu Emilia podeszła do przyjaciółki. Potrzebowała od Walczakówny tej rozmowy, jakiejś rozmowy.



― Renato, ty myślałaś, co będziesz robić w życiu, kiedy się stąd wydostaniemy? ― wypaliła Emilia.

Tamta uniosła brwi, ale wiedziała, że Dłociliskiej w najmniej spodziewanych momentach zdarzają się nastroje na rozkminę tego rodzaju.

― Raczej tak jak wcześniej, pójdziemy obie na polibudę.

― A co, jak nie będzie polibudy? Rozwalą nam university of technology? Ja zaczynam wątpić, że jest jakaś przyszłość.

― Nie wiem, naprawdę nie wiem. Myślę, że trochę przesadzasz, Emilka.

― Ja też nie wiem. ― Dała tymczasem spokój wywnętrzaniu wątpliwości. ― Zaprowadziłam Przemka do psycholog, wiesz?

― To prawilnie. Dobrze, że pomyślałaś.

― Słuchaj, co on ci wtedy powiedział na historii? Nie chciałaś mi powiedzieć.

― I nie bardzo chcę ― przyznała Renata. ― To dosyć wstydliwe, wiesz. O jego wewnętrznej reakcji.

― Aha.

niedziela, 23 listopada 2014

Odcinek czwarty ("nie wierzyłem w to, co mówię, a moje słowa były ostateczne")

Zamęt zapanował w szkole, jakiego nigdy wcześniej nie widziano. Czyn Czarka wywołał u wielu radość z usunięcia despotycznej „dyry”. Inni popadli w popłoch. Ponieważ wydawało się, że Kulkowska i jej towarzysz mogą sprowadzić na szkołę jakieś oddziały policyjne, spora grupa uczniów popędziła do wyjść z budynku. Nauczycieli nie było widać, zresztą pewnie nie zwrócono by na nich uwagi. Tymczasem spontanicznie zebrała się narada na sali gimnastycznej, gdzie dało się łatwo dotrzeć przejściem z pierwszego piętra.

Najbardziej zapaleni wołali, żeby wykorzystać sytuację i zażądać formalnej wymiany kierownictwa liceum. Zdawał się ich popierać sam Czarek, któremu tamci na próżno podsuwali składane krzesło, by na nim stanął i przemawiał. Szkolny samorząd był właściwie ignorowany.

Wśród obradujących pewna liczba poświęcała się wstrzymywaniu śmielszych zapędów. Gdy na chwilę zrobiło się nieco ciszej, bo większość przekonań i pragnień została wypowiedziana, na krzesło wszedł mówca w luźnej bluzie. Siedzisko zachybotało mu pod nogami; aktywista uciszył zebranych gwałtownym gestem.

― Ludzie! Dajecie się omamiać! ― oznajmił. ― Myślicie, że ten tu Czesław chce nam z dobrej woli szkołę oczyścić? No dupy to na pewno szuka! Przyjedzie policja i spuści łomot mięczakom! I rację będzie miała!

― Czekamy! ― zabrzmiał skądś chłopięcy głos.

Emilia zastanawiała się, skąd pamięta natchnionego obrońcę ładu: z trudem przypomniała sobie jego wpisy w Sieci „masakrujące” krytyków polityki Rosji. Wzburzenie na sali podniósł wyraźny ruch Cezarego-„Czesława” ku drzwiom; ktoś idzie? ― pytali ludzie jedni drugich. Jakiś maturzysta zwrócił Emilii uwagę, że chyba dzwoni jej telefon.

To był tata. Odebrała niechętnie, wiedząc, że nie będzie się tutaj wygodnie rozmawiać. Słowa rodzica przychodziły mocne, wyraźnie obce temu, w czym była teraz.

― Cześć, Emilio, gdzie jesteś?

― W szkole ― odpowiedziała, z trudem utrzymując równowagę w tłumie.

― Właśnie słyszę tam jakiś sejm czarownic. Idź do domu.

― Nie mogę, tato!

― Emilio, ja zwalniam się z pracy, by dopilnować, żebyś wróciła.

― Może mnie źle zrozumiałeś, ja fizycznie nie mogę. Jestem w środku wiecu.

― Może przyjść więc po ciebie?

(Lekka ironia?)

― Dzięki, wiesz, może jednak sobie poradzę. Będę u nas za dwadzieścia minut, dobrze? To na razie.

Nie umiejąc się pozbyć wrażenia, że wszyscy ci masywni, nieprzewidywalni ludzie spoglądają na nią z pobłażaniem, Emilia wydostała się na względnie otwartą przestrzeń. Mniej niż minutę przedtem to samo udało się otoczeniu Czarka. Ktoś mógł pomyśleć, że hakerka podążyła za nimi. Rzeczywiście zobaczyła ich w pustych korytarzach, usłyszała strzęp rozmowy: młody biznesmen mówił, że trzeba poczekać, co się jutro zdarzy, a póki co ukryć się u pana... nie pochwyciła nazwiska. Oczy Czarka i Emilii spotkały się na mgnienie; przyspieszyła zaraz kroku.

W przejściu na środku szatni leżała rozłożona i rozdeptana czerwona parasolka. Przecież dzisiaj nie padało? Poza tym otoczenie pozostawało w znanym, najlepszym porządku. Kiedy zakładała kurtkę przy wieszaku swojej klasy, spod opadającej ekscytacji wydostało się w Emilii zdziwienie, że z tak przeżytych zajść nie da się prawie nic wyciągnąć. Gdzieś by się położyła. A przez chwilę wtedy zdawało jej się, że nastąpi wielka, jak to się nazywa, rewolucja.

Dopiero w pobliżu bramy zza metalowych prętów płotu (6) wyłonił się radiowóz. Stopa dziewczyny zatrzymała się nad ziemią, ślina popłynęła pociągnięta w głąb przełyku, ale nie było nic rozsądniejszego pod ręką niż iść dalej. Gdy się przyjrzeć, wzrok ― dzięki wzajemnemu pobudzaniu się neuronów, nauczonych, że jednocześnie osiągają progowe potencjały prądu ― składał ciemne postacie uczestniczące w scenie aresztowania. Emilia wyszła przez furtkę i skręciła w lewo.

Miasto zmieniało się z tygodnia na tydzień. Witryny sklepów były poobklejane krzykliwymi ogłoszeniami cen spuszczonych o kilkadziesiąt procent. Dało się dostać niesłychane towary, jak trójwymiarowy czytnik książek, ale w sumie po co. Jakie to uspokajające, że ludzie i szkoła są już tak daleko. I znowu wszystko będzie się działo gdzieś poza zasięgiem, w zewnętrznym świecie.

Żeby nie pogrążać się w jakichś melancholiach, Emilia zdecydowała stanowczo dokonać intelektualnego przełamania teraz. Tylko na jakim odcinku frontu? Delektowała się przeglądem swoich zaledwie napoczętych zamierzeń i planów, ale w istocie i ta obfitość potrafiła być dołująca.

Już lepiej nie myśleć o niczym, tylko patrzeć na mijanych ludzi i budynki. Przejść przez ulicę obok słupa ogłoszeniowego. Przebiec po schodach koło betonowej budy ze sklepem spożywczym. Powiedzieć „dzień dobry” sąsiadce Latowej popychającej taczkę na podwórzu.

Emilia całkiem bezmyślnie przedostała się z ulicy aż do przedpokoju w domu, gdzie rzuciła w kąt plecak. Słysząc dźwięk otwartego kranu, wywnioskowała, że tata już przyjechał. Poszła do kuchni, chcąc czym prędzej upaść tyłkiem na taboret.

Tata uśmiechał się współczująco. Przesunął w stronę jedynej córki stojący na stole kubek z kawą, ten z motywem z Paryża. Podobna gościnność się nie zdarzała i Emilia podejrzliwie podniosła oczy na rodzica. Siwiał; rysy twarzy miał twardsze, niż kiedy ona była mniejsza, on młodszy (7).

― Dobrze, że przyszłaś ― powiedział.

― Nie pozostawiłeś wiele wyboru, tato.

― Nie mogłem, słońce. Widzę, że kończy się w Polsce epoka, by tak powiedzieć, względnego porządku.

― Nie pamiętam, żebyś był kiedyś specjalnie zadowolony.

― Widzisz (ale usiądźmy), w sumie masz rację. Jednak obecnie jesteśmy na jeszcze innym poziomie dziania się spraw. Boję się o ciebie.

No rzeczywiście! Pokręciła głową.

― Co to za miny ― zdenerwował się ojciec. ― Opowiedz mi, co się stało.

― Tato, skoro kazałeś mi przyjść, to chyba wiesz. Wyrzuciliśmy Kulkowską.

― Słyszałem, że ktoś wam pomógł.

Krok za krokiem pan Dłociliski wydobył z opornej córki obraz ciągu wydarzeń na dużej przerwie. Emilia obawiała się, jak zostanie przyjęta wiadomość, że zgłosiła się do delegacji w sprawie wyrzucenia Sylwii. Tata nic na to nie powiedział. Jego uwagę przyciągały słowa poszczególnych osób, zwłaszcza na wiecu w hali.

― Już ci wystarczy? ― zapytała wreszcie.

― W zasadzie tak, Emilko, nie będę już cię męczył.

Nie odpowiedziała, a on milczał i patrzył zamyślony w stół, co się u niego widziało często. Tym razem jednak Emilia poczuła się dotknięta dziwnym strachem.

― A co w urzędzie? ― odezwała się. Nigdy wprawdzie nie ciekawiło jej to zanadto.

― Dostaliśmy wiadomości, jak się domyślasz. Wasza dyrektorka podlegała przecież mojemu szefowi.

― Widziałam policję.

― Nie dziwi mnie to.

― Co będzie ze szkołą?

Tata, jeżeli nawet były mu znane jakieś zarządzenia, to nie chciał dużo wyjawić. Bardziej widząc okolice, gdzie krąży myśl ojca, niż z samych jego zdań hakerka nabrała przekonania, że reakcja władzy będzie raczej słaba. Liczne miejscowości w całym kraju opanowywali ludzie dysponujący odpowiednim sprzętem sprawczym, żeby na przykład zmienić porę roku i masowo produkować broń i banany. Emilia nie miała pojęcia o takich rzeczach, bo od dawna nie oglądała z rodzicami dzienników telewizyjnych, a w szkole zupełnie inne sprawy wszystkich interesowały.

― Właściwie muszę ci coś jeszcze powiedzieć ― westchnął pan Dłociliski, gładząc córkę po ramieniu. ― Będę teraz pracował na szczeblu wojewódzkim, bo powstaje taki nadzwyczajny komitet... powołany przez ministra spraw wewnętrznych, żeby próbować ogarniać ten bajzel. Będę musiał na jakiś czas się wyprowadzić od ciebie i mamy.

― No wiesz co! ― dziewczyna zmartwiała, a pod powiekami poczuła wilgoć. ― Nie możesz, tato. Teraz to i ja się boję.

― Posłuchaj, Emilko, kiedy ja tam pojadę, to dopiero będę miał jakieś możliwości działania. Także chronienia ciebie i mamy. Na pewno większe, niż mam teraz. I na pewno zachowamy kontakt, są telefony, i te twoje komputery...

Emilia rozkleiła się naprawdę, trwoga jakby objęła ją od tyłu lodowatym uściskiem, aż dla siebie samej, tak kwilącej i proszącej przy ojcowskiej piersi, hakerka poczuła coś w rodzaju pogardy. Tak zależeć od rodziców. W pewnym momencie tata chwycił ją silniej, spojrzał w oczy i powiedział coś takiego:

― Musisz być mocna. Jesteś wykształcona jak na swój wiek; dlatego masz obowiązek odpierania pierwotnego chaosu. To dotyczy wszystkiego. Zawsze kiedy mówisz albo czynisz gest, utrzymuj wstrzemięźliwość i elegancję, nie tylko po to, żebyś się sobie bardziej podobała. Możesz komuś sobą przypomnieć coś ważnego.

Tego było już za wiele; do reszty obmierzły jej takie mądrości, jakich się w życiu zdążyła już nasłuchać. Odtrąciła wściekła ojca i pobiegła na schody, by schować się w swoim pokoju na górze. Emilia zamknęła z rozmachem drzwi, po czym upadła na tapczan: wciągnęła ustami i nosem znany zapach poduszki, która od lat dawała się przytulać, cierpliwie znosząc napady wściekłości i płaczu. Lekko ochłonąwszy, młoda hakerka rozgniewała się na siebie, że tak to dziecinnie rozegrała przed chwilą, ale nie mogła już tego odwrócić. Wydawało jej się, że osiągnęła dno koszmaru: sama była do niczego, a przy sobie nie miała nikogo.

Po jakimś czasie wstała i uruchomiła komputer. Zaszumiało chłodzenie. Przy wyborze systemu uderzyła niecierpliwie enter, wstukała swoje hasło na ekranie logowania. Na ekran wyskoczył linuksowy pulpit z podłożonym w tle tatrzańskim krajobrazem. Hakerka klawiszem przywołała terminal. W czarnym oknie zamigotał kursor.

― vi \\ [= ENTER] ― rozkazała maszynie.

Pojawił się widok wstępny edytora. Emilia przełączyła go w tryb pisania i westchnęła, bo ― jak zwykle ― wiedziała tylko ogólnie, co chce zawarunkować. Cały dzień nachodziły jej umysł te cholerne neurony. Chętnie wlałaby sobie do ust kilka łyków coli, ale oczywiście nie zejdzie po to do kuchni. Ojciec nie zagląda do pokoju i święta racja, niech lepiej tego nie robi. Właściwy pomysł Emilii to wykorzystanie wirtualnej sieci neuronowej do rozłożenia kodu, w którym są napisane informacje sprawcze dla drukarek czterowymiarowych. Z Internetu dało się ściągnąć wystarczająco obszerne bazy danych z przykładami, żeby uczenie sieci przeprowadzić dość porządnie. Dziewczyna obracała w duchu całą teorię tych zagadnień, wyniesioną w prostej formie z książeczki dla licealistów pana Tadeusiewicza. Rzecz jasna, domowy komputer miał za mało mocy. Jednak co to za problem kupić na Allegro kilka układów graficznych i połączyć w sieć ― będzie to sieć fizyczna jako nośnik sieci obliczeniowej, łamiącej jeszcze inny system! Drugie zastrzeżenie, jakie od razu powstało w świadomości Emilii, to jednostronność wyniku, nawet gdy się go uzyska: będzie mogła czytać, a do konstruowania informacji zbliży się niewiele. Ale... kij z tym. Chciało jej się działać.

Zaczęła składać program od najmniejszych części: schematu pojedynczej komórki przetwarzającej sygnał. Emilia z trudem odganiała pokusę, by zająć się na chwilę czym innym albo siedzieć i marzyć, lecz wiedziała, że musi koniecznie z siebie wydusić te dwadzieścia linii (i tak zmieni je później dziesięć razy). Hakerka przełączała się między terminalem a przeglądarką, przez którą sprawdzała w Sieci potrzebne informacje. Prąd myśli nabierał tempa. Emilia zauważyła z zadowoleniem, że uderzenia palców w klawisze modelu M już nie nadążają za krystalizacją programu, jaka dokonywała się w jej umyśle. Wyjęła z szuflady długopis i zeszyt, żeby rzucić na papier szkicowy plan robót. Czuła się znów wolna, silna i piękna. Warto było samotnie pracować, być słabą i nieważną w jakimś nieistotnym życiu nieistotnych ludzi, żeby przeżywać to, to. To. Uśmiechnęła się do siebie. Godzina dochodziła wpół do drugiej po południu.

Gdy wraz z ruchem końcówki przyboru opadała euforia, dziewczyna niejasno zrozumiała, ile ma jeszcze przed sobą godzin programowania. Nie mogła uwierzyć, by udało jej się skończyć. Wróciła do klawiatury i stukała dalsze pięć minut. Po czym, z poczuciem, że poddaje się nieuniknionemu, weszła na Facebook.

Napotkała tam tyle fotografii i wiadomości z tego dnia, że nawet nie próbowała składać z tych kawałków ogólnego obrazu. Najświeższe zdjęcia sprzed ponad godziny pokazywały znajome twarze uczniów, robiących sobie tak zwane słitfocie na zgromadzeniu. Świecili czerwonym podnieceniem. Chyba byli go nieświadomi, kiedy szczerzyli razem zęby do obiektywu. Strąkowska czarowała tłum dramatycznym gestem i gęstymi czarnymi włosami. Kilka zdjęć zbiorowych, gdzie ktoś szarpał, ktoś krzyczał, ktoś uciekał, wyglądało niezrozumiale. Coś w Emilii wzdragało się przed oglądaniem, jednak cóż mogła zrobić z prawdą poza przyjęciem jej: chłonęła więc dalej (8). Późniejsze wpisy, zepchnięte niżej przez algorytm serwisu, zaskakiwały normalnością. Ludzie dalej publikowali ironiczne cytaty o życiu, komentowali sobie zdjęcia i wzajemnie chwalili urodę. Było tam też i mnóstwo memów, i z siedem ważnych aktualności, i ze cztery artykuły do przetrawienia. Firefox zaczął zwalniać, bo ciężar pootwieranych kart zarzynał dwa gigabajty pamięci maszyny. Emilia czytała i czytała, próbując jakoś złagodzić nacisk znów wzbierającej depresji.

Niespostrzeżenie minęła ponad godzina, kiedy ojciec pojawił się w drzwiach tylko po to, by kazać wyłączyć komputer. Emilia spanikowała. Odpowiedziała oczywiście, że już i zaraz, ale była wściekła, że nie uda się jej niczego skończyć.

Zamykając system operacyjny, ułożyła sobie plan naiwnie prosty. Pójdzie do pokoju taty i, jak gdyby nigdy nic, weźmie z półki Argonautów zachodniego Pacyfiku: była w okolicach połowy lektury i już dawno zamierzała ją dokończyć. Czytać będzie u siebie; a że większość czasu pan Malinowski sobie przeleży, zaś młoda Dłociliska poszkicuje programy w zeszycie, o tym się przecież ojciec nie przekona, jeśli przyjdzie na kontrolę. Włączy się też od razu radio w budziku, żeby robiło płaski hałas.

Odczekała w ten sposób trzydzieści minut na tapczanie, zerkając co i rusz na cyfry zegarka. Emilia zbliżyła się do komputera na palcach, odzianych w same skarpetki; sięgnęła do włącznika; popędzała start systemu zniecierpliwionym szeptem. Wiedziała dokładnie, po kolei, gdzie co wciśnie, i jakich potrzeba uzupełnień i zmian. Dosłownie w ostatnim momencie przypomniała sobie, że musi wymienić klawiaturę na cichszą (że też jej się zachciało kiedyś fanaberii!!!). Dziewczyna ostrożnie wysunęła zza szafki jakieś pełne kurzu badziewie za dwadzieścia złotych. Zanurzyła dłoń trzymającą kabel w równie brudne czeluście biurka. Wymacała końcówkę przewodu przy górnym gnieździe PS/2. Zamieniła wtyczki: nie musiało zadziałać. Ale dzięki bogom działało, klawisze wyświetlały znaki zgodnie z normą.

Emilia nakazała sobie pięć wdechów i wydechów, a potem zabrała się do pracy. Cel stawiała sobie minimalistyczny: móc odpalić niewielki program testowy, pozwalający zobaczyć praktyczne funkcjonowanie uwarunkowanych dziś struktur. Nie miało to nic wspólnego z produktem końcowym. Służyło wyłącznie sprawdzeniu postępów i dobremu samopoczuciu hakerki.

― g++ -Wall Icebreak.cpp \\ ― wpisała Emilia w terminalu, gdy zapisała ostatnią zmianę.

„Oblicznica” odpowiedziała warkotem, który trwał kilkanaście sekund. Wykaz błędów zajmował trzy długości ekranu. Hakerka nie pomyślała ani słowa skargi. To należało do rytuału. Pieczołowicie poprawiała przekręcone nazwy i źle postawione znaki interpunkcyjne, po czym próbowała program jeszcze raz, dopóki nie była pewna, że jest nieskazitelny ― przynajmniej o tyle, że przyjmie go kompilator.

― g++ Icebreak.cpp && ./a.out \\

I struktura wcieliła się w realność, a Emilię przebiegł dreszcz.

niedziela, 2 listopada 2014

Odcinek trzeci (upadek systemu swingu)

Jeszcze tydzień wcześniej na szkolnym boisku trawa leżała wilgotna i blada ― ale zieloność wybuchała teraz ze świeżą siłą kolejnego roku, zawłaszczała murawę, wspinała się na korony drzew. To wiosna tchnęła we wszystko życie na nowy obrót rzeczy. Już za chwilę powinno się czuć miękkość ziemi pod butami, idąc na ławkę podczas przerwy. Na porannym wuefie chłopaki w krótkich sportowych spodenkach powinni pobiec za piłką...

...lecz przecież nie było na to miejsca. Tu i tam leżały obok siebie, zajmując trawę, stworzenia zarazem znajome i niesamowite: stołom z porozpłaszczanymi nogami, jakby z plasteliny, dotrzymywały kompanii pstre fotele bzyczące melancholijnie. W linie graniczne boiska i pola karnego próbowały się wtapiać zbłąkane białe foki, dźwigające w łonach żywność w foliowych opakowaniach. Tego rodzaju przybyszów nie można było się pozbyć; korzystali wszędzie bezkarnie ze słońca, wyjadali trawę i odpady, gzili się i rodzili młode, z których trudno powiedzieć, jaki mieli mieć pożytek właściciele rodziców.

Uczniowie, zwłaszcza pierwszoklasiści, spędzali dużo czasu przyglądając się połrzeczom ― jak zaczęto je nazywać. Odważniejsi drażnili je kijami i uciekali dopiero, gdy rozzłoszczona połrzecz atakowała. Gapie kibicowali z zapałem. Mnożyły się spóźnienia (5).

*

Torując sobie wśród kolegów wyjście z sali po pierwszej lekcji, Emilia zmieniła swój pogląd na życie, co zdarzało się jej często. Płaczliwe nastroje były oznaką słabości, na jaką nie mogła sobie pozwolić; zdarzenia, w tym klęski, należało brać na chłodno, i dalej przedzierać się w raz wybranym kierunku, jak długo to jeszcze możliwe. Pomyślała o rozgrzebanym projekcie aplikacji i usiłowała sobie dokładnie przypomnieć miejsce, gdzie ostatnio przerwała pracę. Emilia wierzyła, że pewnego dnia jakieś przedsięwzięcie za milion dolarów pozwoli jej już od nikogo, nikogo, nikogo nie zależeć. Zwłaszcza nie od tych ludzi.

A jednak uwierała ją sprawa Przemka, tak jakby wyrwano jej, Emilii, część ubrania albo oblano śmierdzącym ściekiem z wiadra. Chcąc się choć trochę oczyścić, podeszła do niego zaraz na przerwie. Robił coś w telefonie, mając na twarzy dość upiorny grymas ― wynik usilnej próby przybrania miny człowieka, u którego wszystko w porządku. Dziewczyna przełknęła ślinę i powiedziała, że wie, że tamto na lekcji nie było udawane. Zapytała, czy nie mogłaby jakoś jemu, Przemkowi, pomóc. Odpowiedział, że nie, ze spokojem, od którego zrobiło jej się zimno.

― Cześć ― usłyszała blisko głos Piotra.

Był nieznacznie wyższy od młodej hakerki, brązowowłosy, w żółto-kremowej koszuli i z czarnym plecakiem. Z ust Emilii wyszło niewyraźne powitanie; przyłapała się na niepokoju, czy w jej wyglądzie podczas rozmowy z Przemkiem tamten nie mógł dostrzec niczego mylącego... chociaż chyba nikt w szkole nie posądzałby żadnej dziewczyny o sercowe zapędy idące w tym kierunku.

― Mówił wam coś o losach Wiśniewskiej? ― zapytał Piotr, chwytając się dostępnego tematu.

― Nie, właściwie nie mówił za dużo, tylko pozwalał się wydziczać Darkowi z jego „ekipą”.

Przemek odsunął się od dwojga, nie odrywając oczu od ekranu; Piotrek zresztą nie zainteresował się szczególnie tym, co powiedziała Emilia.

― U nas mówią, że za większością ze wszystkiego stoją Chojnaccy.

― Ci, co mają te firmy i radnego?

― Mhm. Podobno syn Chojnackiego kupił maszynę, tylko nie bardzo się na niej zna.

― Och, widać. Wiesz, gdybym ja mogła dostać coś takiego w swoje ręce.

― Ja bym się bał ciebie. Jesteś zbyt mądra!

Na Emilię podziałał komplement: czuła, jak nerwoprzekaźniki rozprowadzają przyjemność po jej mózgu, jakby ktoś wrzucił do szklanki rozpuszczalną tabletkę plussszu. Piotrek także wyglądał na zadowolonego.

― Oj, ty ― szepnęła.

― No dobra, muszę już iść. Może spotkamy się jeszcze... dziś.

― Tak, jasne!

Trudno powiedzieć, czemu robi się tak wiele pod wrażeniem upływającej chwili. Emilii wydawało się czasem, że samotność usprawiedliwia wszystko, co by zrobiła.

Polskiego uczył pan Gaszyński, otyły mężczyzna noszący okulary z szerokimi zausznikami, modnymi dekadę wcześniej. Były osoby, które widziały w nim duży autorytet. Tego dnia omawiano wiersz „Campo di Fiori” Miłosza; podatną na bodźce wyobraźnię hakerki opanowały wizje obfitości owoców, i wina wsiąkającego między kamienie brukowe, i dymu niosącego zapach spalonego ciała. Ale komentarze polonisty o tolerancji, empatii, i zawierające jeszcze wiele innych słów, zdawały się bardziej mijać z życiem, takim, jakie się przeżywa, niż wiersz sprzed lat kilkudziesięciu. Podczas gdy pan Gaszyński wydobywał z uczniów wiadomości o strofach i środkach stylistycznych, Emilia dyskretnie kreśliła schematy funkcji na kartce wyrwanej z zeszytu ― nawet przed siedzącą obok Renatą zasłaniała te gryzmoły ― i słuchała dyskusji jednym uchem, próbując zapisywać jakieś jej strzępy w notatkach.

Później była matematyka. Tutaj potrzeba było realnej koncentracji.

Rozniosło się tymczasem przez Facebooka, że dyrektor Kulkowska odmówiła Sylwii Strąkowskiej urlopu, jaki powinien jej przysługiwać z racji ciąży. Dziewczynie dano do wyboru kontynuowanie nauki zwyczajnym trybem albo wypisanie się ze szkoły. Róża Kowalczak rozmawiała z Sylwią koło bramy, po czym siatkarka odeszła na razie z płaczem do domu. Hanukę, który uparcie wypierał się ojcostwa ― jak mówił, nie utrzymywał nawet kontaktów ze Strąkowską ― dyrektorka także wezwała na dywanik na którejś z przerw, po części dla jego dobra, bo pierwszoklasistę zaczęli zaczepiać samozwańczy obrońcy przyszłej matki. Rozmowy toczone na przerwach na korytarzu, a kontynuowane potem w Sieci krążyły wokół tej afery oraz „spektaklu” Darka Wysockiego (który gdzieś zniknął), tak jak rankiem trzymały się odlotu pani Wiśniewskiej. Krytyczne wypytywania ze strony uczniów, a wychowawcze tłumaczenia ze strony nauczycieli zajmowały sporą część lekcji.

Z klasy Emilii miała pójść w sprawie ciężarnej delegacja. Przewodziła jej oczywiście Róża, a u jej boku Kinga Niepsuj, przyjaciółka Strąkowskiej. Towarzyszyłaby im cała gromada wsparcia, gdyby nie zawęziły składu do siedmiu osób. Emilia też się załapała; usilnie szukała teraz okazji, by bronić uciśnionych.

Na dużej przerwie delegacja zebrała się i ruszyła do gabinetu pani dyrektor, który mieścił się tuż przy schodach na pierwszym piętrze starszego skrzydła budynku. Przepyszne drzwi z ciemnego drewna wyglądały trochę niecodziennie w otoczeniu brudnobeżowych ścian i wytartych parkietów. Wielkie remonty śmiałej dyrektorki-odnowicielki miały dotrzeć do tej części szkoły w roku następnym.

Wysunąwszy się z poważną miną naprzód, Róża Kowalczak zapukała w urzędowym geście i nacisnęła żółtą klamkę. Od widzenia z zasadniczą zwierzchniczką oddzielał uczniów jeszcze sekretariat. Pomieszczenie, pachnące nowością i skąpane w promieniach słońca, w jednej chwili wypełniło się delegatami klasy drugiej.

― A czemu was tyle przyszło? ― spytała jedna z pań siedzących przy biurkach.

― Chcemy się widzieć z panią dyrektor ― oświadczyło kilka osób na raz.

Zaczęto ich zapewniać, że pani Kulkowska jest obecnie zajęta i że było najlepiej, gdyby poczekali na korytarzu. Nie dawali jednak za wygraną.

― Przyszliśmy spytać, dlaczego nasza koleżanka nie będzie zwolniona z zajęć, mimo że jest w ciąży ― powiedział głośno Paweł Tucha, znany jako Koku.

Pozostali przytaknęli gromadnie a zgodnie; Emilia smakowała w duszy przyjemności bytowania stadnego. Młoda, gładka sekretarka o orzechowej grzywce starała się przekonać uczniów możliwie grzecznie, że ta kwestia ich osobiście nie dotyczy, ale może pani dyrektor odniesie się do różnych wątpliwości na apelu. Niektórzy dawali się zniechęcić: kilka spojrzeń pytało już kolegów: no dobra, to co, idziemy...?

― My tu zostaniemy i zaczekamy, aż będzie się z nami rozmawiać ― ucięła Róża.

― Oczywiście ― poparła ją Emilia.

Do pokoju weszło trzech maturzystów. Sprawdzali, jak sprawy stoją, jeśli chodzi o Sylwię ― przynieśli też wieść, że dziewczyna wróci z domu, żeby ewentualnie jeszcze raz mówić z Kulkowską. Sekretarki były coraz bardziej wyprowadzone z równowagi. Najstarsza prawie wrzasnęła, żeby zamykać drzwi i nikt się zresztą nie kwapił spełniać tego polecenia.

Wtedy dopiero pani dyrektor we własnej osobie stanęła w biurowym kostiumie na progu swego gabinetu. Była to kobieta średniego wzrostu, mająca włosy rzadkie i czarne oraz nos trudny do zauważenia. Zwykła przemawiać do podległych sobie ludzi miękkim, niemal matczynym głosem, i również tym razem nie poczęstowała młodzieży żadnym ze swych władczych tonów.

― Dlaczego się tak awanturują? ― spytała jakby zdziwiona. ― Przecież mówiłam, tłumaczyłam Sylwii.

― Ona jest załamana ― upierała się Róża. ― Rozmawiałam z nią i niczego nie zrozumiałam.

― Teraz sobie każda uczennica może sobie zrobić ciążę ― powiedział zwalisty osobnik w szarej marynarce, wyłaniając się zza dyrektorki. Miał na piersi przypinkę z napisem „EKSPERT”. ― Mamy w posiadaniu informacje, iż zaistniały przypadki ciąży nawet u osób płci męskiej. Wynika z niezależnych badań, że są to stany niedonaszane. Wywołuje się je z czysto hedonistycznych względów. Co by było, gdyby każdy tak sobie teraz unikał zajęć lekcyjnych?

― Ale Sylwia nie wywołała tego stanu specjalnie! ― oburzyła się Kinga Niepsuj.

― Jakie ma pan kwalifikacje, żeby się tak autorytatywnie wypowiadać? ― zapytała Emilia.

― A pani jakie ma? ― zezłościł się ekspert.

― Wy myślicie, że my tu jesteśmy wczorajsi? ― powiedziała ze śmiechem pani Kulkowska. ― Oho, ja znam młodzież od wielu lat. Wszystko będzie wyjaśnione na apelu o dwunastej. A teraz proszę, byście wyszli z sekretariatu, bo robi się bałagan.

Na moment zapadła cisza. Julka jako pierwsza mruknęła „do widzenia” i odwróciła się ku drzwiom; w ślady Julki podążyli kolejno maturzyści, za nimi niedościgniony na motocyklu Filip Gruchała ― syn Jana, Paweł Tucha zwany Kokiem, hakerka Emilia Dłociliska i milkliwy Jurek Lechowski, przewodnicząca Róża Kowalczak oraz, patrząca przed siebie z zaciśniętymi ustami, Kinga Niepsuj. I kiedy zamknęły się za nią przepyszne drzwi z ciemnego drewna, w sekretariacie zapanował znów spokój.

Jednak na korytarzu przy schodach zdążyło się zebrać sporo uczniów czekających na wynik delegacji. Otoczyli oni wychodzących i wypytywali o słowa dyrektorki, o planowany apel i o tajemniczego eksperta, którego przysłało ponoć wojewódzkie kuratorium. Niewiele się dało powiedzieć konkretnego, ale Róża zdała dokładnie sprawę ze zdarzeń, a Kinga z Pawłem dorzucali swoje komentarze.

― Nie wiem, po co my się tu w ogóle uczymy ― oznajmił głośno Ryszard, tyczkowaty uczeń trzeciej klasy. ― No weźcie, to już lepiej pójść komuś pilnować połrzaka niż tutaj siedzieć.

― To po co siedzisz?

― No właśnie chyba przestanę.

― Ryszard ma rację, jeszcze z siedem lat żeby się zabijać między sobą o podawanie frytek ― dołączył się młody głos z drugiego rzędu.

Tutaj wśród zgromadzonych ujawniło się kilkoro korwinistów przekonujących, że za sytuację odpowiada socjalizm i ograniczenia dla prywatnych biznesów. Ponieważ wielu uczniom nie chciało się tego słuchać, tłum rozrzedził się znacznie i pozostało tylko parunastu dyskutantów i kibiców. Róża była teraz w swoim żywiole, wytaczając armaty argumentów za lewicą, wykpiwając przeciwników, zaś na ich ataki reagując sarkastycznymi minami. Padały zmieszane nazwiska publicystów i myślicieli.

*

Znudziwszy się dysputami, Emilia zaczęła zaglądać przez ramię Renaty, która śledziła w komórce wydarzenia z liceum. Usiadły na parapecie, choć oczywiście nie wolno było tego robić.

― Czarek napisał, że przyjdzie do szkoły w sprawie Sylwii, i namawia wszystkich, żeby przybyli go wspierać.

― Ten Czarek przyszły biznesmen?

― Mhm.

Chłopak, o którym była mowa, nie poszedł do szkoły średniej: jego mama zmarła jakoś wcześnie i znajdował się, zresztą tylko oficjalnie, pod opieką ojca pijącego po lokalach. Czarek pracował jednak ― z tego, co się słyszało ― w różnych miejscach, zbierał fundusze, i chwalił się tym na Sieci. Tyle wiedziała Emilia z drugiej ręki, bo nie miała go nigdzie w znajomych.

Przyjaciółka czytała głośno przyjaciółce komentarze, jakie pojawiły się pod jego zdawkową zapowiedzią. Sama Strąkowska napisała już po kilku minutach, że Czarek nie musi naprawdę występować w jej imieniu; Renata uzupełniła wiedzę Emilii mówiąc, że nie dalej niż tydzień temu pododawał on komentarze do zdjęć siatkarki w parku i na plaży.

― Teraz ma otwierać sklep, nie wiem, czy słyszałaś ― dodała, wymieniając nazwę ulicy w mieście W. ― Będzie sprowadzał elektronikę z Niemiec.

― Myślisz, że Sylwia może na to polecieć?

― Ha, on tak może myśleć.

― Ja bym na jego miejscu wiedziała coś o tych odwracalnych ciążach. To chyba ma być jakaś nowa magia, a nie zwykła aborcja. Zresztą nie oszukujmy się, myślę, że wielu chce napoić konie w tej rzece ― rozważała Emilia.

― O, chyba tak ― zachichotała Renata. ― Słuchaj dalej, zaczyna się. Aleksander Tadeusiak: dajesz! Cztery wykrzykniki, pięć osób już to lubi. Hanna Wolniewicz: look out! Cezary is coming! Zacny inglisz, prawda?

― Prawda.

― Dobra. Przewińmy dalej...

Młoda hakerka nie lubiła Facebooka, nie przeglądała go w szkole, niechętnie się fotografowała czy dzieliła rzeczami, które wydawały jej się banalne. Głównym powodem, poza powszednim dla niej oddaleniem od codziennego życia, był wstręt do sprzedawania się korporacjom. Emilia dużo wiedziała o wewnętrznych maszyneriach i sposobach zarabiania w swojej branży, stąd miała pewne wyobrażenie o tym, co niemoralne. Ale, trzeba przyznać, nie robiła wiele dla rozpowszechniania tych poglądów, wydających się jej częścią jej prywatnej osobowości.

Przesuwając palcem po ekranie, Renata Walczak wyławiała kolejne kąski, zaś Emilia odwróciła się i spojrzała w dół przez grubą szybę. Były tam tylne drzwi do liceum, tkwiące w starej ścianie pokrytej farbami i napisami; na drugą stronę ulicy, na podwórka kamienic, niektórzy chadzali na papierosy. Z piętra widziało się schody u wejścia jako kilka leżących na sobie płaszczyzn ― przesłaniało je z osiem głów stojących uczniów. Przy prawej krawędzi pola widzenia pojawił się biały motocykl i umysł Emilii połączył z nim rozbrzmiewające warczenie; osoba w czarnym kasku podjechała pod drzwi i gdy odsłoniła twarz, na górę dotarł obraz bruneta o urodzie dziecinnej oraz jakby rozsmarowanej ― takie słowo przyszło do głowy patrzącej, która natychmiast szturchnęła Renatę.

― Popatrz, to on? ― spytała Emilia.

― Tak, to jest Czarek. Popatrz, naprawdę przyjechał zrobić drakę.

Zwróciwszy znów uwagę na korytarz, zobaczyły po lewej, przy drzwiach do sekretariatu, gromadkę liberałów, dyskutujących teraz wyłącznie między sobą. Bliżej schodów, przy gazetce ściennej, ludzie skupili się wokół nieszczęsnego Hanuki, stojącego z zaciętą miną i rękami w kieszeniach marynarki. Dotrzymywało mu towarzystwa dwóch kolegów, równie dandysowatych, których twarze były oczywiście opatrzone, ale Emilia nie znała ich imion.

Czarek wspiął się na piętro z kaskiem pod pachą. Miał liczną asystę gapiów, przez co wyglądał na ważną osobistość ― rzucało się jednak w oczy, że wcale nie był wiele wyższy od niedużego Hanuki. Nie wiadomo skąd pojawiło się pięciu chłopaków, formujących obstawę młodego przedsiębiorcy. Byli głównie z klas drugich. Wzrokiem pełnym napięcia Czarek rozejrzał się wokół. Patrzono z kolei na niego z ciekawością. Jakieś osoby chichotały.

― Koledzy ― powiedział mocnym głosem ― czy ktoś z was rozumie, czemu jest tutaj tyle niesprawiedliwości? ― Słuchano go teraz w ciszy. ― Czemu przepisy i widzimisię biurokracji są ważniejsze od ludzkiego podejścia? Może kiedyś edukacja w tej szkole stała na wysokim poziomie, ale na pewno tak nie jest za rządów dyrektor Kulkowskiej. Bez mrugnięcia okiem powiedziała zrozpaczonej dziewczynie, przechodzącej...

― Kto panu pozwolił tu wygłaszać przemówienia!? Czy to jest wiec wyborczy!

Czarek obrócił się, tak że stanął twarzą w twarz z panią dyrektor, która wyszła na korytarz. Emilia z miejsca zauważyła, że Kulkowska nie mówiła na „ty” do przybysza spoza liceum; nie miał też zmienionych butów!

― Przyszedłem o coś zapytać jako obywatel, proszę pani.

― O, na pewno nie uda się to w ten sposób, proszę pana!

― Wejdźmy do gabinetu ― powiedział Czarek, zwracając się do swoich przybocznych.

Dyrektorka i wyległe zza biurek sekretarki nie chciały go rzecz jasna wpuścić. Zadzwonił dzwonek na czwartą lekcję, ale nikt się nie oddalił, przeciwnie, miejsce przy drzwiach z ciemnego drewna otaczała szczelnie coraz grubsza pętla młodych ludzi. Kobiety w końcu ustąpiły, chyba bardziej z chęci ucieczki od tego tłumu niż przekonane przez natrętów. Do środka wlały się od razu osoby z pierwszych rzędów, zastawiając drzwi. Emilia, będąc bliżej tyłu, słyszała, jak jakiś pierwszak niedaleko zachwycał się stylem Czarka; „dyra też mocna, jeszcze zobaczycie”, odparł górujący nad wszystkimi Ryszard; na przedzie unosiły się ręce trzymające smartfony ustawione na filmowanie.

― Chodź, chodź, chodź! ― zawołała gorączkowo Renata, ciągnąc Emilię za rękaw.

Bez pardonu rozpychając się pomiędzy ludźmi, dotarły do okna po przeciwnej stronie. Koleżanki Renaty Walczak starały się dla nich zachować trochę wolnego miejsca, chociaż napierano z kilku stron. Młoda hakerka wspięła się na parapet i przylgnęła do szkła. W dole wzdłuż szkolnego podjazdu rósł żywopłot, pokryty jasnymi liśćmi; flesze błyskały prawie ciągłym światłem; czarnowłosa pani w średnim wieku z trudem złaziła z krzaka, wspomagana przez słaniającego się, zapewne potłuczonego eksperta w szarym garniturze. Kobieta oglądała z rozpaczą swoją koszmarnie pogniecioną spódnicę. W końcu dała się prowadzić na parking. Gdy Emilia zdecydowała się odwrócić, by spojrzeć na licealistów z rodzinnego miasteczka, towarzyszący Kulkowskiej mężczyzna wybierał właśnie numer na telefonie.

niedziela, 19 października 2014

Odcinek drugi (tańce metafizyczne)

Pan Trzasiuk przybył do liceum w G. rok temu, chyba świeżo po studiach. Uczył kilka klas historii i znany był zwłaszcza ze swojego niekonwencjonalnego wizerunku. Zwykle spóźniał się o dobre pięć minut; prawie zawsze bezmyślnie żuł gumę, co wydymało jego pucołowate policzki, uświetniane przez ryżą bródkę biegnącą od ucha do ucha.

Na jego lekcjach najważniejsze były ciekawostki oraz opisy bitew, które chętnie „rozgrywał” kredą na tablicy. Emilia Dłociliska sądziła, że pan Trzasiuk z trudem się powstrzymuje przed podzieleniem uczniów na dwie armie i poprawianiem błędów Napoleona.

Gdy tylko wszyscy weszli do sali, miejsce przy biurku zaczęło okupować trzech chłopaków z klasy maturalnej, którzy przyszli do nauczyciela z jakąś prośbą. Trzęśli się przy tym, chichocząc, i szturchali jeden drugiego.

Ich miejsca były z przodu przy oknie. Oficjalnie przychodzili zamiast godziny wychowawczej na dodatkowe lekcje z biologii, by przygotować się do egzaminu. Trzeba przyznać, że podczas zajęć nie wyglądali na zbyt zajętych, a Emilia i Renata Walczak zajmowały miejsca tuż za nimi. Najbardziej znany i głośny był spośród nich Darek Wysocki. Niejeden chłopak w szkole zazdrościł mu śladów szorstkiego zarostu na twarzy. Nie brakowało także dziewczyn zauroczonych posągowym ciałem Darka, chociaż on sam wyraźnie wolał męskie towarzystwo.

― No dobrze ― powiedział pan Trzasiuk ― jak wiecie, będę miał z wami lekcję, bo pani Wiśniewskiej nie ma w szkole. Cóż, za moich czasów skrzydeł to można było tylko od Red Bulla dostać.

Emilia mogła obserwować, jak uczniowie ― nie wszyscy się nawet rozpakowali, plecaki leżały na ławkach i pod nimi ― drżą w wesołości. Sama też parsknęła, prawie tego nie zauważając.

― Przy czym w tym czasie, co nam jeszcze został ― ciągnął historyk ― ja się właściwie usunę, a koledzy pokażą wam teraz spektakl.

Nie pofatygował się tym razem nawet po drewniany wskaźnik, którym miał w zwyczaju udzielać głosu.

Jakieś trzydzieści osób par oczu było teraz zwróconych na chłopaków. Po bokach jasnowłosego Dariusza stanęli krępy brunet z dużym nosem oraz blondyn z uśmiechem jakby przybitym do masywnej żuchwy. Emilii zdawało się, że Irek to był ten pierwszy, a Olek to drugi. Olek położył na swojej ławce telefon Samsung, włączywszy muzykę (4). Malutki głośnik wypełnił dokładnie przestrzeń suchymi, rytmicznymi uderzeniami i śpiewem piosenkarza.

― Mamy dla was coś specjalnego! ― zaczął Irek. ― Cała sala przeżywa, nie ma zamuły!

Młoda hakerka uderzyła łokciem Renatę: przy biurku pan Trzasiuk nieznacznie kiwał głową w rytm muzyki. Pomiędzy kolegami Darek wywijał tułowiem, mając ręce wzniesione. Irek z Olkiem tańczyli przy podłodze coś bliższego breakdance. Dziewczyny usłyszały za sobą śmiechy i okrzyki:

― Dawaj!

― Mogę cię – zabić ― grzmiał Darek, oddzielając słowa. Olek upadł przed nim.

― Błagam na kolanach, zostaw mi moje nędzne życie!

― Rozetnę tobie skórę i zerwę jak ze świniaka! ― huczał tamten coraz bardziej dramatycznie, nie przerywając pląsów. ― Odetnę język nożem i obmyję się w wytrysku krwi!

Zatrzymał się, by zrzucić czerwoną koszulę w kratę. Zaświecił okazały nagi tors ze srebrnym łańcuszkiem; ubranie wylądowało pod tablicą. Pan Trzasiuk otworzył usta, by zaraz je zamknąć i przybrać wyraz zdystansowanej uwagi. Ruda Julka, siedząca obok milkliwego Jurka, zapiszczała głośno. W środkowym rzędzie chłopaki rytmicznie klaskali.

― Oszczędź mnie ― krzyknął Olek. ― A dam ci... Przemka!

Cisza panowała na widowni, kiedy ruszyli we dwóch z Irkiem w stronę przerażonego Łukiewicza ― nie mogącego chyba uwierzyć w to, co się dzieje. Był duży, ale słaby fizycznie. Zrzucili mu piórnik i zeszyt w krótkiej szarpaninie, i zaczęli prowadzić ku prężącemu się Darkowi.

― Oni to grają? ― zapytała Renata, patrząc na tę scenę.

Że nie, co do tego Emilia nie miała wątpliwości. Wzbierał w niej niesmak ― to było jej środowisko, w takim czymś uczestniczyła, taką się stawała. Od wewnątrz paliło ją atawistyczne współodczuwanie strachu tej osaczonej istoty. Wiedziała, że coś powinno się zrobić. Wciąż jednak siedziała na szkolnym krzesełku, nie mogąc powziąć postanowienia.

― Witamy kolegę ― zawołał Darek do Przemka, niestawiającego już oporu. ― Pokażemy ci trochę dorosłego życia! Dawaj gacie!

Ręce Przemka posłusznie powędrowały w stronę guzika spodni, schyloną głowę próbował ukryć przy piersi, i wydawało się, że widać łzy na policzkach. Podłogowe linoleum zapiszczało pod przesuwanym krzesłem. To podnosił się Jurek. Kiedy już przeciskał się za siedzącą koleżanką, wstały kolejne osoby. Emilia przez moment myślała, że może Renatka pójdzie i wtedy ona podąży za nią, kiedy będzie mieć wolne przejście.

Zebrało się z pięciu chłopaków oraz Frania, kanciasta dziewucha ze wsi, której każdy trochę się bał.

― Darson, czy ciebie pogrzało!? ― ryknęła, przekrzykując muzykę.

― Moje giermki, atakują nas rycerze Romeo ― zareagował Darek, depcząc spodnie ściągnięte z Przemka. ― Niech nie przerywają naszego obrzędu!

Irek z Olkiem zatrzymali uczniów próbujących przerwać przedstawienie i zaczęli się z nimi wykłócać, zasłaniając przejście rozpostartymi ramionami. W czerwieniejącej Emilii pojawiały się wciąż nowe argumenty powstrzymujące ją od powstania ― a wszystkie mięśnie były już napięte ― ale czy jest tam jeszcze potrzebna? Pan Trzasiuk chyba udawał, że go nie ma; Renata wyciągnięta na ławce przyglądała się; Róża Kowalczak, siedząca przecież na samym przedzie, podpierała twarz rękoma, minę miała nadąsaną i nie wiadomo, co sobie myślała.

Jedyne, na co się Emilia Dłociliska zdobyła, to analiza sytuacji: była pewna, że Darek nie oszalał, zgrywał się zbyt wyraźnie: po prostu chciał usunąć granice gry, w której wszystko mu wolno. Jednak mało kto w tej sali zdawał się to jasno pojmować.

Nerwy zaczynały puszczać pomocnikom reżysera. Obrzucali przeszkadzających mało wymyślnymi obelgami, podczas gdy Jurek coraz bardziej podnosił głos. Za ich plecami Darek zmusił Przemka do uklęknięcia i kręcił przed nim biodrami, sam prosty jak struna. Perlisty śpiew tancerza nakładał się na szybki amerykański rap, dobiegający teraz z telefonu, co tworzyło dziwnie fascynujący chaos dźwięku.

― Czekałam jak we śnie ― żebyś ty objął mnie! Więc wszystkim na złość ― przetańczmy tą noc ― bo życie tak krótkie jest!

― Idziemy tam? ― usłyszała Emilia głos Renaty.

Poszły. Z pomocą ruszyło już kilka kolejnych osób; inni podnieśli się na miejscach, żeby łatwiej obserwować. Przed rozjuszoną Franią i chłopakami rozstępowali się Olek z Irkiem. Darek zostawił Przemka i powoli się wycofywał. Wyglądał, jakby nie przygotowywał się na taki obrót zdarzeń.

― Nie wszyscy naraz! Gdzie wasz honor!

Nagle coś zmieniło się w powietrzu.

W następnej chwili patrzący, i uczestniczący, i przerywający, i Przemek ― wszyscy zorientowali się, że komórka Olka zamiast grać, dzwoni. Blondyn rzucił się odebrać.

― Mam lekcję, nie mogę rozmawiać.

― Wychodzę ― oświadczył natychmiast Darek i zniknął za drzwiami ze swoją koszulą w ręku.

― No, kupię trzy, jak będę wracał. To na razie.

Policzki Olka były rumiane, gdy się rozłączał.

― Mama? ― zapytał ktoś z tyłu i wśród siedzących rozległy się śmiechy.

Przemek kończył właśnie zakładać spodnie i speszył się, kiedy znów znów zwróciły się na niego spojrzenia. W milczeniu rozepchnął kolegów i uciekł do ławki, by pakować swoje porozrzucane rzeczy. Renata poszła próbować z nim rozmawiać, podczas gdy większość pozostałych zaczęła, z niejakim ociąganiem, wracać na miejsca.

Znów zerkano w stronę nauczyciela. Pan Trzasiuk nerwowo bawił się kilkoma długopisami.

― Jak rozumiem, to jest już koniec przedstawienia... ― powiedział. ― Renato, sprawdź, czy Przemek czegoś nie potrzebuje, bo wygląda nieswojo. Pewnie wolałby, żeby taka ładna koleżanka wystąpiła w roli kolegi Wysockiego.

Hakerka stała właśnie nad burzą żółtych włosów przyjaciółki, pochylonej nad Przemkiem, i była tu właściwie nie wiadomo po co. Jeżeli Trzasiuk był idiotą robiąc takie uwagi, to Emilia czuła się czymś jeszcze gorszym w stosunku do swych oczekiwań. Chciała stać zawsze wolna, dumna, szlachetniejsza od większości. Okazywało się, że była bezsilna i bezwolna, kiedy wszystko wokół działo się samo i sterowało nią. Oglądała w duszy stale te same momenty z ostatnich dziesięciu minut, rozpaczliwie nakazując sobie coś zrobić, coś okazać, ale rzecz jasna nie mogła już siebie posłuchać. A jednocześnie połową umysłu wciąż postrzegała Przemka, który z wielkim trudem mógł podnieść wzrok na Renatę.

Emilia nie miała pewności, czy umiałaby tak komuś pomóc.

W klasie zaczęła się wymiana zdań. Pierwszy odezwał się Paweł Tucha; Koku, jak zwykle nań wołano, miał zwyczaj mówić, co myśli (chociaż wymawiając niewyraźnie większość spółgłosek) i jako jeden z pierwszych poszedł przed chwilą za Jurkiem.

― Ja się domagam, żeby Darka ktoś zbadał. To, co widzieliśmy ewidentnie świadczy, że coś jest z nim nie tak!

― Nie zgodzę się ― sprzeciwiła się Róża, przewodnicząca samorządu. ― Ja cały czas starałam się to traktować jak poważne przedstawienie. Może i było zbyt brutalne jak na szkołę, ale czy nie robi na was wrażenia to, że Darek coś takiego zaplanował? Czasem trzeba się wysilić i poszukać drugiego dna.

― No i gdzie tu masz drugie dno?

― Może chodziło o to, żeby nami wstrząsnąć, zmusić do namysłu? I jeszcze jestem pewna, że niektórzy widzą coś niestosownego głównie w tym, że to było między mężczyznami.

W tym czasie Renata odwróciła się od Przemka z wyrazem lekkiego szoku, który ustąpił zaraz zniechęceniu. Emilia przeszła z nią z powrotem między ławkami, zaledwie zwracając uwagę na dyskusję, jaka toczyła się dalej z udziałem nawet pana Trzasiuka.

― Co on ci takiego powiedział?

― Potem może ci powiem ― odparła cicho blondynka.

― On zamierza coś zrobić? Pójść do kogoś?

― Wiesz, trudno mi coś o tym powiedzieć na podstawie tego, co on mówi. Chyba sam dobrze nie wie, trudno się dziwić. Nie jest z nim dobrze.

Emilia czuła, że jej dopytywanie się niczemu nie służy, ale i nie mogła odpędzić myśli, że z nią również nie jest dobrze. Dotarłszy na swoje miejsce przyległa głową do ściany i prosiła jakąkolwiek wyższą instancję, jaka mogłaby istnieć i mieć wpływ na sprawy, by ta lekcja się już skończyła. Przypominała sobie różne przypadki, jak tutaj i tym bardziej w gimnazjum dręczono nielubianych uczniów, chociaż zawsze wyglądało to bardziej ― prymitywnie. Chciałaby już żyć w dorosłym, normalnym świecie, nawet jeżeli będąc tutaj można było wątpić w jego istnienie.

Otworzyła przed sobą okno, żeby słyszeć nawoływania ptaków i szum samochodów z ulicy. Były tam jeszcze nowe, obce, plaszczące odgłosy, i Emilia wzdrygnęła się. Czekała jednak.

niedziela, 5 października 2014

Odcinek pierwszy

Dziesiątego marca przyszła do szkoły z klejącymi się powiekami i przymusem ziewania. W pierwszej chwili nawet nie dało jej do myślenia, że wszyscy uczniowie czekają pod klasą, chociaż spóźniła się prawie dziesięć minut. Poprzedniego dnia zabrakło opiekuńczego wzroku rodziców — mama miała dyżur w szpitalu, tata uczestniczył w jakiejś celebrze na Śląsku w ramach współpracy samorządów (2). Dzięki temu Emilia mogła sobie pozwolić po szkole na trochę dekadencji. Na dywanie wylądowała duża paczka chipsów ze słoiczkiem dipu i litrową butelką Coca-Coli. Na tapczanie pościel leżała od rana w nieładzie.

W powietrzu wisiał wczoraj niepokój: wysoko na niebie szalała się dziwna burza błysków i szumów, wśród których przed zmrokiem krążyły gwiżdżące latające gady. Ale w ciągu ostatnich miesięcy przestano na zwracać uwagę na wiele fantastycznych rzeczy i zjawisk (3).

Córka państwa Dłociliskich planowała spędzić popołudnie i wieczór całkowicie na kablu, połowę w Internecie i na grze w RPG-ową rąbaninę, połowę na rozgryzaniu monadycznych struktur języka Haskell. Chciała teraz spróbować innego paradygmatu programowania.

Życie na kablu potrafiło mieć szczególny narkotyczny urok, w przeciwieństwie do życia na mięsie. Zaczęła stosować to rozróżnienie, by nadać rzeczywistości trochę cyberpunkowego posmaku. Na tamtą stronę szło się po coś nowego ― by osiągnąć coś tak małego jak przedmiot w grze albo tak upajającego jak przełamanie problemu programem ― reguły były zaś zawsze jasne, zimne, nie dopuszczajace nędznych wybiegów. Tutaj dopiero umysł wyzwalał się z przypadkowego ciała. Ale ludzie w większości woleli mięso. Emilia myślała czasem, że człowiek kiedyś przekształci się w kilka podgatunków, jak owady żyjące w koloniach: odmienne osobniki do myślenia, do rozmnażania się i do pracy fizycznej. Oczekiwała tego przyszłego wielkiego mrowiska z mieszaniną fatalizmu i przewrotnej przyjemności, mając przecież zerowy wpływ na bieg historii.

Jedna rzecz była niespodziewana tego wieczora. Parę chwil po dwudziestej drugiej zabrzmiał brzęczyk ― w Kadu pojawiła się wiadomość od Piotrka z klasy humanistycznej — link bez komentarza. Wyświetlił się artykuł na gazecie.pl, mówiący o rozpoczęciu przez pewnego norweskiego reżysera prac nad filmem o trzydziestoletniej kobiecie, która zachorowuje na białaczkę i zaczyna szukać sensu życia. Plotki o szokujących scenach z czarnym pegazem już teraz kazały wszystkim spodziewać się skandalu.

— Hahah — odpisała Emilia.

Dwa tygodnie temu układali razem w bibliotece ironiczny przepis na „ambitny film”: to było dokładnie to. Dziewczyna wróciła do wybijania nieumarłych potworów w grze. Uderzyła ją złość, gdy pojawiła się kolejna wiadomość: jeszcze tylko jeden poziom, myślała, i będzie mogła się wziąć za coś poważniejszego.

― A co słychać tak w ogóle? ― pisał Piotrek.

Emilia w zasadzie nie znosiła takich pytań, na które nie dało się sensownie odpowiedzieć. Coś jednak podszepnęło jej, że może on zrozumie, skoro ją pyta. Hałaśliwe klawisze klawiatury IBM model M, kupionej pół roku temu na eBayu, zastukotały w rytm przytrzaskiwania myśli zdaniami.

― A gram w jakąś głupią grę \\ [= ENTER] Potem chcę się pouczyć nowego języka, jak mi się uda \\ ― Zawahała się. ― Ostatnio ― skasowała to i zaczęła od początku. ― Ale ostatnio źle mi się myśli, biorą mnie jakieś niepokoje \\ tak jakbym nie mogła nie umiała zrobić nic \\ co by było dla mnie ważne potem następnego dnia, rozumiesz. \\ przepraszam, że piszę głupoty.

Zatrzymała się na chwilę, z pustką w głowie: niech on odpisze, powiedziała w duchu. Trochę mu to zajęło. Co on sobie pomyślał?

― To nie są żadne głupoty \\ ostatnio wszystkim udziela się jakaś chora atmosfera. \\ tak jak Sylwii od was z Hnk, nie wiem czy słyszałaś

Emilia uniosła brwi. Wiedziała, kim jest Sylwia Strąkowska ― wysportowana, opalona siatkarka o czarnych lokach, chodząca do jej klasy ― wiedziała też z grubsza, kim jest Hanuka ― przystojny blondyn młodszy o rocznik, noszący odpowiednie dla swej postury eleganckie marynareczki ― ale połączenie tych dwojga wydawało się mało wiarygodne, na tyle, na ile młoda hakerka znała obyczaje swoich kolegów. Emilia nie potrafiła się w tym orientować ― nie była też chyba szczególnie szanowana ― i nie miała nawet pojęcia, czemu Hanuka jest Hanuką, chociaż na pewno należało to do powszechnego zasobu wiedzy.

― Teraz po raz pierwszy ― odpowiedziała.

― Boże :D \\ W skrócie, Sylwia twierdzi od wczoraj, że jest w ciąży z Hnk. \\ i że przyszedł do niej do domu, jak spała i wiesz, wsadził \\ Ale on nic o tym nie wie. \\ i przez to niektórzy mówią nawet o niepokalanym poczęciu

— !!! \\ ojacie, ta nasza szkoła — odpisała po paru sekundach.

— Ale wiesz \\ Ja sobie wyobrażam, jak on przychodzi do niej taki mały i się na nią wspina. \\ Słyszałaś o tym, że mężczyźni jak są mali, to we wszystkim

— Tak jakby \\ Ciekawe, czy też tak ogólnie życiowo.

— Tylko nie myśl, że piszę tak, bo sam jestem wysoki. \\ I że coś chcę ci sugerować co do swoich wiesz

Emilia odruchowo sięgnęła po ciepły kubek z herbatą i skuliła się w czarnym dresie przed monitorem, czekając, aż Piotr się zreflektuje i napisze o czymś innym. Tak jak czasem pod wpływem drastycznego filmu w Internecie, przed oczy wepchnęła jej się migawka męskich organów obu chłopaków, ich luźnej skóry i włosów ― i wydało się jej, że nieskończoność dzieliła ten widok od wszystkiego, co warte, cóż, czegokolwiek. A jednak czuła, że nikt jej nie odgrodzi od dziedziny wrażliwych tkanek człowieka, raczej przeciwnie ― cała zadyszana ludzkość będzie, jak wobec wszystkich, coraz bardziej natarczywa i wymagająca w tym względzie. Emilia przełączyła się na spauzowaną grę, gdzie jej jasnowłosa wojowniczka czekała na łące, z udami i ramionami zbroczonymi krwią. Piotrek napisał jeszcze, że musi już odejść od komputera ― i dziewczyna wiedziała, że spędzi resztę tego wieczoru sama ze swoimi sprawami.

Zeszła jej jeszcze godzina na zdobywaniu dwóch kolejnych poziomów wojowniczki. Potem Emilia nastawiła muzykę w słuchawkach i wzięła się za naukę języka. Internetowy poradnik był napisany w prostym HTML-u, niesformatowanym czarnym tekstem na białym tle. W oknie terminala hakerka próbowała własny kod. Czasem wstawała i chodziła, zamyślona i nieobecna, po ciasnym korytarzu, albo wychylała się przez otwarte okno, próbując wyobrazić sobie monady na tle pokrytego rozbłyskami nieba.

Położyła się w końcu spać przed drugą w nocy.

Rano, pod drzwiami klasy, przez senność i ból kręgosłupa z trudem przedostał się obraz uczniów na korytarzu. Emilia poszukała wzrokiem czarnej koszulki i jasnoblond włosów. Tak najszybciej znajdowała Renatę. Przyjaciółka siedziała na podłodze pod ścianą z dwiema koleżankami i takim Tomkiem. Wszystko to byli metalowcy. Od jednej z dziewczyn, mającej nadwagę, wiało zawsze drażniącą wulgarnością w zachowaniu ― jej widok często nasuwał hakerce ostrzegawcze myśli co do własnej diety ― co najważniejsze, chodziła do klasy C, która widocznie również koczowała na korytarzu. Emilia przywitała się z towarzystwem i, już siedząc, przymknęła oczy jeszcze na chwilę. Zapytała:

― Coś się stało, że nie ma lekcji?

― To tylko pani Wiśniewska... odleciała ― odpowiedziała Renata, podkreślając ostatnie słowo stłumionym chichotem.

― Przyszła pijana? ― Emilia zdziwiona spojrzała w twarz koleżanki. Czy jej się nie wkręca?

― Nie, to co słyszysz. Chirurg Wolniewicz zadzwonił do dyrektorki i powiedział, że wczoraj wszył Wiśniewskiej kacze skrzydła. Domagała się stanowczo, sama je przyniosła w folii. Podobnież potem, jak ją zoperował, wskoczyła na parapet i odfrunęła do Malezji, i zostawiła tylko wizytówkę hotelu w Kuala Lumpur.

― Co ty pieprzysz, Renatka ― odparła Emilia, podnosząc się z trudem z podłogi. ― Powiedzcie mi lepiej, że sama odleciałam i słyszę, czego nie ma...

Przeszła się po korytarzu. Grupka osób z różnych klas skupiała się wokół Sylwii, która siedziała na ławce z czerwoną twarzą skrytą w dłoniach. Cały tułów siatkarki chylił się ku kolanom, jakby straciła siłę w kręgosłupie i tylko opiekuńcze ramię najlepszej przyjaciółki ― Kingi Niepsuj, ubranej w niebieską sukienkę ― powstrzymywało ją od upadku na podłogę. Stojący w kręgu boku chłopcy śmiali się z czegoś ― może właśnie z załamanej dziewczyny. Emilia przypomniała sobie, co jej wczoraj pisał Piotr o dziwnej przygodzie Sylwii z ciążą, i przynajmniej to stało się dla niej odrobinę jaśniejsze. Co nie znaczy, że wiedziała już, co o tym myśleć. Wzdrygnęła się z nieokreślonym uczuciem na myśl o urwanej wczoraj rozmowie. Istniała jakaś nikła możliwość, że Piotrek dziś do niej podejdzie, i czyniło to perspektywę tego dnia ciut bardziej interesującą, przez czystą ciekawość, co ten pan zrobi.

Nie potrafiła za bardzo postawić się w roli Sylwii: bardziej zajmowała Emilię niepewność i nieokreśloność, w jakiej zanurzała się rzeczywistość, tak że realne zajścia i czyste bzdury stały się trudne do odróżnienia. Trudno było nawet powiedzieć, czy ktoś się umyślnie znęca nad szkołą i miasteczkiem, czy po prostu coś martwego się gdzieś wymknęło spod kontroli. Może najdziwniejsza była naturalna łatwość, z jaką przyjęto wywrócenie się znanego świata, i tylko dziwiono się poszczególnym przejawom nowości.

Trzy rozgadane, wymachujące rękami pierwszoklasistki omal Emilii nie potrąciły. Odwracając się i przymykając oczy pod światłem słońca zauważyła, że zbliżają się Róża Kowalczak, gospodarz klasy, i milkliwy Jurek, jej zastępca. Róża była to smukła dziewczyna o długich, brązowych włosach i wyłupiastych oczach. Idąc, stawiała niedbałe kroki w swoich obcisłych jak zazwyczaj dżinsach. Emilia nawet ją lubiła ― dyskutowały ze sobą na różne tematy ― mając odmienne poglądy na większość z nich. Stanąwszy pośrodku, przewodnicząca samorządu powiedziała do oczekującego tłumku:

― No dobra, słuchajcie, byłam w pokoju, mamy trochę bałaganu w budzie ― Róża miała nie wiadomo skąd upodobanie do takich śmiesznych określeń ― ale grono nauczycielskie do czegoś tam doszło, także chyba jest sukces. Pani Wiśniewskiej rzeczywiście nie ma, podobnie jak paru innych osób. Czy i jak... odleciały... to się ustala. Poza tym coś się stało w kotłowni, nie powiedziano nam dokładnie co, to znaczy oficjalnie rury pękły i nie wolno tam chodzić.

― A będziemy mieć teraz biologię? ― podniósł ktoś najbardziej aktualną kwestię.

Zanim Róża odpowiedziała, większa część klasy musiała się wyśmiać z żartu Darka Wysockiego, który przed chwilą oznajmił swoim najgłębszym basem: „kurde, tak se właśnie myślałem, że bym se poszedł do kotłowni, na fajka, co nie”.

― Za chwilę powinien przyjść do nas pan Trzasiuk na zastępstwo. Generalnie myślano, czy by w ogóle nas nie zluzować, ale Kulkowska stwierdziła, że (cytuję) „ani dzisiaj w domu, ani jutro w szkole raczej nie będą mieli mniej nienormalnych warunków”, więc nawet nie ma po co dzisiaj nas wypuszczać.

Rozległy się zniechęcone buczenia i ciężkie westchnienia „o Jezu”. Jurek w tym czasie podszedł do Sylwii Strąkowskiej, przekazując jej widocznie wezwanie do dyrektorki, bo wstały obie z Kingą i odeszły.

Emilia, mniej już senna, zbliżyła się do Renaty; ta ciągle wydawała się ubawiona tym, co dzieje, i białe zęby niemal prześwitywały spomiędzy jej zmysłowych warg.

― I co, wierzysz mi teraz, kobieto? ― spytała przyjaciółka.

Najczęściej bywało między nimi tak, że to Emilia Dłociliska mało co brała na poważnie z wydarzeń w szkole i miasteczku G. (skupiając myśli i wyobraźnię gdzieś daleko), a Renata była tą, co się przejmowała.

― Chyba nie mam innego wyjścia. Zastanawiam się teraz, po jaką cholerę pisałam wczoraj w nocy pracę domową z tej biologii. A mogłam iść wcześniej spać.

― Ja nie pisałam, chyba miałam jakieś trafne przeczucia.

Około ósmej dwadzieścia hałas w budynku liceum zmalał w miarę, jak nauczyciele i zastępcy przychodzili do klas. Emilia była w stanie usłyszeć zbliżający się stukot butów i brzęk kluczy w dłoni pana Trzasiuka.