Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informacje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2015

Informacja 15.

(powrót do odcinka szóstego)
(powrót do Informacji 14.)

Według relacji rolników z miejscowości L. stwory (nazwane natychmiast nożycozębowcami) nadleciały ze wschodu. O świcie obudziło wieś ujadanie psów. Szare nożycozębowce obsiadły słupy wysokiego napięcia i zaczęły przegryzać druty. Kilku mieszkańców pod wodzą Karola Tymińskiego (25 lat) poszło z lekką bronią palną odstraszyć maszkary. Jedna z nich zdecydowała się na „zabawę” z ludźmi. Latała to tu, to tam. Okazała się odporna na kule. Potem, wykonując znienacka ruch pikujący, wplątała się we włosy Katarzyny Śliwki (41 lat). Mąż musiał ją wywieźć do szpitala powiatowego w miasteczku G.

Podobne sytuacje miały miejsce w wielu miejscach wschodniej części województwa. Setki tysięcy gospodarstw domowych zostały bez prądu.

Potwory zniknęły po paru dniach równie nagle, jak się pojawiły: niektóre osobniki skierowały się w inne rejony kraju, inne ukryły się w lasach i zakopały w ziemi. Niektórzy naukowcy, w tym prof. Czajkowski, wierzą, że nożycozębowce to stadium larwalne jakiegoś innego stworzenia, które dopiero wykluje się w dojrzałej postaci. Czy koszmar mieszkańców L. i innych miejscowości jeszcze powróci?

(powrót do Informacji 14.)
(powrót do odcinka szóstego)

Informacja 14.

(powrót do Informacji 13.)

Żółtawe, nienaturalne światło wypełniało laboratorium w podziemiach. Wokół stały sprzęty przywiezione z Niemiec, których wygląd i zastosowanie wpędzały miejscowy, polski umysł w zagubienie. Żel, chyba ze zmielonych niewiniątek, bulgotał głośno w kadziach, jak gdyby zapewniając dokonującemu się tutaj przedsięwzięciu przychylność ciemnych mocy. Dwójka naukowców stała na rampie na środku tego kompleksu. Spośród nich szpakowaty biolog lustrował całość wzrokiem wyrażającym ni to zadowolenie, ni to podskórny niepokój; chemiczka o nienaturalnie spłonionej twarzy obserwowała właściwie to samo, co on, na grafitowo-szarym panelu rozrządu. Cyfry i rzeczy trwały we wściekłej, podsekundowej pulsacji linii. Biel kitlów trwała zwieszona nieruchomo w absolutnej ciszy.

Prawie wprost pod rampą kanciasty klosz otaczał zanurzone w gazie bezwładne ciało. Biolog pomyślał, że podobnie wyglądały w jego dzieciństwie martwe żaby, pływające w brudnej studni do góry brzuchami, nabrzmiałymi powietrzem. Dalej, w epicentrum rozchodzących się promieniście stalowych belek i grubych kabli, stało ― czy raczej wisiało, oplątane przewodami ― stworzenie pokrewne w pewnych szczegółach istocie tkwiącej w kloszu, lecz większe, bardziej barczyste. Głowę wzniosło ku górze. Jego szpary, rozmieszczone regularnie jak na odcisku buta w śniegu, powoli rozszerzały się w miarę drażnienia lekkim napięciem.

Mężczyzna postukał palcem w blat, ale jego współpracownica już zorientowała się w sytuacji; dotykała tablicy w różnych miejscach, wywołując reakcje różnych obiektów w laboratorium. Klosz z jednej strony, a z drugiej platforma z dużym stworzeniem jechały po szynach ku sobie. Kończyny biologa wykonywały płynne, bezwiedne ruchy odprężenia. Kolor suchego powietrza przesuwał się ku barwie gliny. Nagle rozdarł je pisk tarcia metalu o metal: kobieta grymasem dała znać, że kontroluje to.

Nastąpiło spotkanie. Większa istota wzdrygnęła się gwałtownie, kiedy pękło szkło i mniejsza przywarła do niej, wyrzucona uderzeniem eksplodującego gazu. Wiła się ― być może ożyła na chwilę ― a wokół wzniosła się chmura szlamowatych zarodników.

Już sztywniejąc z powrotem, małe stworzenie przygarbiło się nieco, i trąciło drugie trzy razy, to zgiętymi kończynami, to wyprostowanymi. Nie otrzymało jednak odpowiedzi. (15.)

(powrót do Informacji 13.)

Informacja 13.

Na szosie między miejscowością L. a miasteczkiem G. lekki, wiosenny deszcz wilżył asfalt. Ptaki śpiewały, ślimaki zaś żerowały na młodych liściach. W szałasie pod lasem, za osłoną z gałęzi, znajdowała się baza grupy młodzieży. Rześka, ładna szatynka w kawowej sukience gotowała mleko w garnuszku nad ogniskiem. Na skraju zarośli podszytu stał równy rząd puszek po tanim piwie.

Z pewnej odległości do dziewczyny zbliżało się trzech chłopaków, niosących jedzenie w torbach i broń. Rozmawiając ściszonymi głosami spoglądali w rozjaśniające się niebo. Urywane błyski, które można by wziąć za oznakę burzy, ukazywały się wśród chmur.

― Jeszcze nie patrzą na was dziwnie w tym sklepie? ― zapytała Daria.

― Wchodzimy zawsze pojedynczo, więc póki co spoko.

Parsknęła śmiechem i zaczęła wypakowywać specjały: biały chleb, szynkę, pomidory, zupki chińskie. Młodzi mężczyźni wyraźnie się nudzili. Mówili o zbliżającej się głośnej walce MMA Najtora z Abu Szachem.

― Najtor to głupi buc, nie umie walczyć ― wyrokował Szymon. ― A Abu Szach ostatnio rozłożył tego Niemca, pamiętacie?

― Ej, ja bym chciał, żeby Najtor wygrał ― odparł Filip. ― Jemu się należy na zamknięcie.

― Dobrze by było załatwić telewizor ― powiedział Hubert. ― Chyba w lesie jest zawsze jakiś leśniczy z domem, co nie?

― No ta, wbijamy na chatę do leśniczego na mecz!

Kiedy Daria uporała się z porządkami i robieniem poczęstunku, poszli wszyscy grać w karty do szałasu. Trawa była za mokra na piłkę.

W tym czasie na myśliwskiej ambonie siedziało dwóch dryblasów z technikum dyrektora Ukwiałowicza. Jeden z nich patrzył przez chińską lornetkę na obóz pod lasem, drugi, złotowłosy, wyciągał sobie z zębów resztki chrupek o smaku keczupowym.

― Są w środku ― rzekł ten z lornetką. ― Zaczekajmy dziesięć minut.

― A wiesz, gdzie jest Krzysiek? Jak nagle wróci, to będzie.

― Nie wróci. Szykuj łopatę.

Na dole mężczyzna w kapeluszu leniwie głaskał karton czerwonej paczki papierosów Marlboro. Bardzo uważny obserwator mógłby zauważyć w wygięciu warg, w drgnieniach rąk niewielkie zakłócenie. Komórka w kieszeni była rozładowana: mężczyzna nie zdołał tego przewidzieć. Nie odwrócił głowy, gdy usłyszał odgłos butów na stopniach drabiny.

Blondyn wyciągnął szpadel, wbity w ziemię koło pokrzyw, i ruszyli gęsiego granicą lasu, tak, by być ukrytym wśród drzew. Prowadził chłopak z lornetką zawieszoną na piersi, rozgarniający krzaki i gałęzie; pochód zamykał właściciel kapelusza. Uważnie rozglądał się po otoczeniu.

Minęli już łukiem obozowisko i zapuszczali się w głąb terenu zajętego przez roślinność. Przewodnik narzucił wolniejsze tempo. Szukał wokół znaków. Złotowłosy oglądał się niespokojnie tam, gdzie powinni znajdować się posiadacze przedmiotów, jakie zamierzali zabrać.

― Kop ― padło krótkie polecenie.

Miejsce rzeczywiście nosiło ślady przesunięcia ziemi i udeptywania adidasami. Chłopak z łopatą zaczął pracować, popędzany przez kolegę; mężczyzna milczał i nasłuchiwał. Wydawało się, że odgłosy mogą zwrócić na nich uwagę. Porcje ziemi i piachu utworzyły po paru chwilach niewielki wzgórek, blondyn był mokry od deszczu i potu.

― Ostrożnie, kurwa, nie uderz ― syknął agent w kapeluszu.

Na dnie ukazały się dwie jaśniejsze, wypukłe formy, jedna szarawa, druga podchodząca bardziej pod brąz. Ruchy szpadla okrążały teraz półkule, odsłaniając je po bokach.

― Wyjmij szare. Rękami, bo delikatne ― uzupełnił.

Pod lekko zarośniętymi, czarnymi teraz dłońmi skonkretyzował się kształt: częściowo ludzki czy małpi, bo posiadający tułów, głowę i ręce, ale o zakłóconych, obcych proporcjach; dół był potrącony i przypominał oku niczego znanego. Chłopcy patrzyli w to coś zadziwieni, jak gdyby bawili się w zakopywanie ciał na plaży i odkopali dziwne i martwe. Tak czy inaczej, ostatni fragment tego porównania wydawał się prawdziwy. Człowiek w kapeluszu schylił się po korpus i włożył go do plastikowej reklamówki Hugo Bossa. (14.)

Informacja 12.

(powrót do odcinka szóstego)

Na peronie znajdował się żółty znak z napisem:

Sieć trakcyjna pod napięciem!

Dotknięcie grozi ŚMIERCIĄ!

Tomasza uderzyła ta koncentracja twórców znaku dokładnie na tym, co najważniejsze. Czego to nie można uzyskać od większości ludzi, jeśli ich postraszyć tym właśnie. Wydało się Tomaszowi, że tkwi pod tym głęboki przekaz: śmierć, śmierć ― powtórzył w duchu ― i czuł w tym słowie zapowiedź własnego nieistnienia. Ponieważ Urszula odeszła, zdobywając się raptem na lekki uścisk (przynajmniej nie kłamali przez to za bardzo), nieistnienie stawało się łatwe, jak nieistotne pociągnięcie.

Podróż pociągiem nie była, jak kiedyś w młodości, rutyną i składnikiem życia, ale wyraźnie jednorazowym aktem. Nieważne drzewa i budynki istniały za szybą, czy się patrzyło, czy nie, ale ich istnienie w mało sensowny sposób nabierało znaczenia, przez to, że znajdowały się między pewnymi dwoma punktami, zaś podróż może się nie powtórzyć. Zatem Tomasz raczej patrzył.

W kolei podmiejskiej konduktorka poszturchała brodatego faceta w brudnej kurtce:

― To nie hotel!

― Co?

― Do jakiej stacji pan jedzie?

Wymamrotał coś. Zostawiła go niechętnie. Na długim rzędzie siedzeń tuż przy Tomaszu, jadącym w wyjściowym płaszczu, umiejscowili się młodzi, zdaje się, artyści. Dziewczyna, drobna brunetka, miała na kolanach keyboard. Jej towarzysz także nosił płaszcz, buzię miał chłopięcą, okrągłą, i należycie wyczesaną fryzurę. Rozmawiali wesoło, swobodnie, ślizgając się po tematach. Panu Dłociliskiemu przyszła na myśl Emilia: co będzie, gdy samotnica z prowincji trafi do miasta na studia i będzie musiała wtopić się w to środowisko znających się, oswojonych, uprzywilejowanych?

― Pociąg się dla nas spóźnił.

― Wiesz, kopsnijmy do galerii.

Kobieta trzymająca kule, może robotnica, rozmawiała z siwym panem, pewnie mężem. Obok niej pani po trzydziestce o włosach długich, kruczoczarnych i rzadkich, wydobywających się spod piaskowej czapki, czytała w skupieniu album z napisem „Storczyki”.

Na jednym z przystanków Tomasz zobaczył osobnika mówiącego i gestykulującego przy rozkładzie jazdy. Kręciła go z komórki dziewczyna. Jakiś amatorski program internetowy.

W centrum konduktorka wyrzuciła brodatego faceta.

― Wypad! Wypad! Mam zadzwonić po policję?

Wytoczył się na dworzec. Pasażerowie komentowali to między sobą, patrzyli na niego i konduktorkę, ale tylko jak na zdarzenie. Tomasz pomyślał, czy nie należałoby zareagować. Przy całej niechęci do tego lumpa, broniąc go, broniłby głównie siebie, ponieważ obaj mają jako obywatele prawo do jeżdżenia koleją. Pan Dłociliski należał do klasy ludzi, którzy powinni dawać pewien wzór postawy.

Znów życie napierało mieszaniną i zbitką zdarzeń, ale czy była tu jakaś literatura, czy potencjalna literatura?

(powrót do odcinka szóstego)

Informacja 11.

(powrót do odcinka szóstego)

Od: marlop@wp.pl do: Adam Chmielewicz <ad.chmielewicz@msw.gov.pl> 05.03.201x 19:10:32 UTC+0100

Wieści z Białegostoku

Witam,

Porządki w Białymstoku idą pełną parą. Zorganizowane przeze mnie bojówki we współpracy z policją oczyściły ulice z osób i połrzeczy, które naruszały prawo i usiłowały zawłaszczyć przestrzeń publiczną. Tymczasem hołota złożona z malarzy, budowlańców i bezrobotnych zniszczyła ogrody pałacu Branickich. Na uniwersytecie jest spokojnie. Bardzo, bardzo potrzeba wsparcia.

Mariusz Łopuchowski

PS. W pracach komitetu mogę brać udział telekonferencyjnie.

Od: no-response@o2.pl do: Tomasz Dłociliski <tomaszdloc@o2.pl> 26.02.201x 10:21:00 UTC+0100

Tomaszu, trzy apartamenty już od 6200 zł za metr!

Tomaszu,

Oferty od zaufanych deweloperów czekają na Ciebie!

(kliknij, by wyświetlić obrazek)

Od: Adam Chmielewicz <adamchmiel@gmail.com> do: Franciszek Kiepura <franekkiep@gmail.com> 22.02.201x 19:21:43 UTC+0100

Jeżewski i DP

Oglądasz Fakty? Dreamprinter pozywa faceta z Wałbrzycha za nieautoryzowany serwis. Sprawdź najlepiej na jutro, czy to legalne. DP może się okazać stronnikiem ludzi dokręcania śruby.

A. Ch.

Od: Anna Krzysztoń <a.krzyszton@mpips.gov.pl> do: Wacław Napiera <w.napiera@mpips.gov.pl> 15.02.201x 12:31:24 UTC+0100

Zbyński i ZUS

Jutro odbędzie się spotkanie z p. Zbyńskim, gdzie zaprezentuje on p. kierownikowi i mojej osobie swoją ofertę dotyczącą likwidacji ZUSu. W związku z tym potrzeba przygotować ekspertyzę obalającą jego argumenty na przyszły tydzień. Przede wszystkim trzeba podkreślić obiektywne trudności z konwersją dokumentacji, głównie papierowej.

Przy okazji, gdyby Pan mógł wysłać do Radomia jakieś ostateczne rozwiązanie, spotkałoby się to z wdzięcznością p. Irzeckiej.

Anna Krzysztoń

starszy specjalista Departamentu Ubezpieczeń Społecznych

Od: Dobrosław Zbyński <zbynski@zbynskiinvestments.pl> do: Julia Skorupa <j.skorupa@mpips.gov.pl> 12.02.201x 15:24:24 UTC+0100

Re: RE: Liquidity - nowe możliwości ubezpieczeń społecznych

Szanowna Pani Minister,

W odpowiedzi na maila zapewniam, że z naszej strony dysponujemy wyselekcjonowanym sztabem młodych, ambitnych ludzi o dobrej motywacji i doświadczeniu. Wymagane jest jedynie zielone światło od Pani Minister i naszego sejmu.

Jak mówiłem nie ma powodu, żeby nasze życie toczyło się według przestarzałych zasad. Pod marką „Liquidity” możemy zlikwidować to, co zbędne w nowych warunkach. Pozwólmy, żeby wolny rynek dał drogę rozwiązaniom zapewniającym seniorom spokojne życie pełne wrażeń bezpłatnie w zamian za udostępnianie informacji marketingowych. Zaznaczam, że byli pracownicy otrzymają od nas odpowiednie uposażenia.

Z poważaniem,

Dobrosław Zbyński

(powrót do odcinka szóstego)

niedziela, 7 grudnia 2014

Informacja 10.

(powrót do odcinka piątego)

Im bardziej zbliżała się godzina snu, tym silniejsze dręczyło go napięcie. Łóżko stało już pościelone. Pokój oświetlała tylko lampka nocna ze Spidermanem, którą Piotrek dostał mając dziewięć czy dziesięć lat. Niewiele z jej jasności docierało w kąt, gdzie osiemnastolatek usiłował uporządkować myśli, wyciągnięty na wznak na miękkiej kołdrze.

Koniec dnia oznaczał zawsze niedosyt i strach przed utratą kawałka czasu na zawsze. Najbardziej niepokojące, że być może wykorzystując czas inaczej dałoby się go ocalić. Pytanie, co należało robić i na czym powinno polegać osiągnięcie właściwej pełni życia. Czy na dokonywaniu czynów widowiskowych i awanturniczych? Na nauce? Na zdobywaniu pieniędzy? (Tu czuł się na straconej pozycji). Dobrze byłoby to wiedzieć rzetelnie i na pewno.

Miał ataki czułości do niej. Czy można mieć w ogóle ataki czułości? W wyobraźni gładził jej kręcone włosy koloru miodu. Po chwili mierzwił je gorączkowym ruchem. (Kto wie, czy ona nie chciałaby zachować dziewictwa do ślubu). Postrzegał siebie jako inteligentnego, mocnego, powinna zatem mu ulec, ale w innych momentach czuł się całkiem słaby, bez szans w życiu, na cokolwiek.

Czy wyszła wtedy z sali tak sobie czy też jego, Piotrka, unika? Mogłoby być tak albo tak. Najgorzej byłoby tkwić w niepewności ― i właśnie w ten sposób, na złość, układała się sytuacja. Istniało jeszcze jakieś prawdopodobieństwo, że ta informatyczka od podłączania myszy coś zobaczyła w zwalistym, dziecięcym brzydalu ze swojej klasy. Już wczoraj Piotrek ją przy nim widział. Durnota. Durnota ― że go do niej ciągnie ― albo że mu takie rzeczy do głowy przychodzą.

I tak nie uda mu się zasnąć zbyt prędko, to pewne: wziął zeszyt i zaczął pisać, żeby się nieco uspokoić:

Do punktu docelowego zmierzałam windą towarową. Towarzyszyli mi członkowie Gwardii Imperialnej. Choć wiedziałam, że są istotami żywymi, moje zmysły i intuicja sugerowały, by umieszczać ich w jednym zbiorze wraz z droidami i innymi elementami ruchomego inwentarza. Hełmy i płaszcze całkowicie wykluczały ustalenie ich rasy, nie odzywali się, więc nie poznałam ich głosu. W ciemnej windzie nie czuć było ich potu. Jedynie moja woń, ozon i smar.

Gdy winda się zatrzymała, jeden z nich dotknął niedbale jej pulpitu i drzwi się otworzyły. Wyszliśmy razem, lecz ja zmierzałam dalej. Oni pozostali przy drzwiach windy.

Nie widziałam wcześniej takiego pomieszczenia. Przypominało planetarium, ale światło bijące z kopuły było nieprzyjemne dla moich oczu: niezwykle rażące i intensywne. Otaczał mnie osobliwy ogród, pełen roślin o ciemnofioletowej barwie, które w słabszym świetle wydałyby się czarniejsze niż cokolwiek na mojej rodzimej planecie. Nie mogąc patrzeć w niebo skupiłam się na ścieżce. Na szczęście nie odbijała światła. Udając, że nic mi nie przeszkadza zmierzałam do środka ogrodu. Na jego środku stał dziwny gwelficki fotel z czerwonymi nogami i lustrzanobiałym metalicznym oparciem. Nie byłam w stanie powiedzieć wiele więcej ponad to, że nie pasował do siedzącego na nim mężczyzny.

Jego czarna tunika z kapturem mogłaby należeć do najuboższego mieszkańca galaktyki. Domyślałam się, że czerń jest uzyskana z dość taniego granatowego barwnika, pochodzącego prawdopodobnie od głowonogów z Kamino, lub innej ciepłej, oceanicznej planety. Pomyślałam o Kamino nie bez powodu. Mężczyzna, z którym miałam rozmawiać, był produktem tamtejszych uczonych. Klonem poprzedniego władcy Imperium. Każda zmiana dokonana przez badaczy z Kamino była wraz z dawnym Imperatorem dokładnie przemyślana. Obecny był jego wersją ulepszoną o materiał genetyczny Lorda Vadera. Dygnitarze Imperium uważali nowego władcę za najpotężniejszą istotę, jaka kiedykolwiek istniała i sądzili, że źródłem tej potęgi jest potęga imperialnej nauki. Miałam odmienną opinię. Palpatine wiedział zbyt dużo o ciemnej stronie mocy, by uwierzyć, że można ją sprowadzić do materiału genetycznego. Jego pomysł musiał być całkiem inny. Prawdopodobnie tworząc klona takiego, a nie innego, zaszczepił mu skłonność do gniewu i nienawiści do twórcy. Ta nienawiść jest źródłem jego mocy.

- Masz rację – odezwał się chrypliwym i wyjątkowo nieprzyjemnym głosem mężczyzna.

- Nic nie powiedziałam – odparłam przerażona.

- Myślisz, że nie jestem w stanie przejrzeć umysłu takiej miernoty jak ty – powiedział znacznie spokojniejszym głosem.

Poczułam się, jakby zapadł właśnie wyrok śmierci. Cały gniew na Imperium i chęć zaszkodzenia mu wszystkimi możliwymi sposobami zostały odkryte. Sięgnęłam po miecz świetlny, w nowej wersji z świetlnymi jelcami, nazywany również świetlnym krzyżomieczem. Nim jednak udało mi się włączyć miecz, mężczyzna dotknął oparcia fotela. W mgnieniu oka rozległ się głuchy huk i całe światło zniknęło, a miecz nie zadziałał. Zakłócacz? Słyszałam o nich. Niszczą możliwość korzystania z całej technologii opartej na elektryczności.

- Co teraz zrobisz?

Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Opuściłam bezużyteczną klingę wraz z ręką. Nagle światło wróciło, a miecz świetlny również: nagle wysunięty jelec przepalił mi udo. Pomimo bólu uniosłam miecz do ataku. Mężczyzna powstał, uśmiechnął się i powiedział słowa, które wbiły mi się w pamięć jak żadne inne:

- Nie pozwolę tobie uciec nawet na tamten świat, nim nie spłacisz zainwestowanego w ciebie czasu. Każdy wydatek Imperium musi się zwracać.

Ogarnęła mnie panika. Żałowałam, że zmieniłam przed chwilą pozycję miecza. Może jelec wbiłby mi się w serce, a nie w udo, gdybym w ciemności nie opuściła ręki.

(powrót do odcinka piątego)

Informacja 9.

(powrót do odcinka piątego)

Liceum ogólnokształcące w miasteczku G.: oświetlony porannym słońcem pokój, gdzie zazwyczaj urzęduje dyrektor. Z przodu biurko barwy mahoniu, z tyłu duży regał wypchany papierami. Wicedyrektor SŁABISZEWSKI przechadza się wokół siedzącej na krześle GUTKOWSKIEJ. Przy dużym, zamkniętym oknie stoi KOWALSKI w ciemnym dresie.

KOWALSKI: Powiedziałem, że to odgłosy implodujących urządzeń. Ale on, że to ktoś rzucił petardy.

GUTKOWSKA: Brawa!

KOWALSKI: Ale pewnie nikt nie słyszał huku. Przecież mówią, że młodzież była zajęta debatowaniem.

GUTKOWSKA: Pierwsze pytanie powinno brzmieć: skąd tam się wzięła broń i po co.

SŁABISZEWSKI (ostro): Dosyć! To ja będę decydował, kto źle, a kto dobrze postąpił. Słusznie tam Ewa postawiła straże; lecz cóż z tego, jeśli porwano nam skarb. Tylko ona sama, jak myślę, wiedziała dobrze o zawartości skrytek.

KOWALSKI: Tak i mi się zdaje. (na stronie:) Owszem, ty tak myśl, łysa bździągwo.

GUTKOWSKA: Trzeba ich złapać! Policja przesłuchała Andrzeja i Bogusława, ale czy przeszukała kotłownię?

SŁABISZEWSKI: Teraz to robi. Tylko, że na tym etapie nie możemy już się opierać tylko na policji. Widzicie, ile żeśmy dostali pomocy.

GUTKOWSKA: Za mało.

KOWALSKI: Za mało.

SŁABISZEWSKI: Właśnie, za mało! I dlatego wyślemy w pościg dodatkową ekipę chłopaków z technikum. Rozmawiałem z dyrektorem Ukwiałowiczem: to mój dobry kolega, obiecuje mi dobrać odpowiednią liczbę dryblasów, którzy dorwą tego... jak mu tam?

GUTKOWSKA: Jaworskiego.

KOWALSKI: Bezwzględnie postępujesz!

SŁABISZEWSKI: Nie zaprzeczam. Nie zaprzeczam. Nasze czasy potrzebują kogoś takiego jak ja. Ewa... (zatrzymuje się przy oknie, patrzy zadumany, trzymając firankę) Ewa ten jeden raz okazała słabość. Gówniarz zagnał ją tutaj; nie wytrzymała psychicznie; skoczyła.

GUTKOWSKA: Nie mają już respektu, szacunku. Skąd się w nich bierze tyle brawury?

SŁABISZEWSKI: Bo ich odpowiednio nie wychowywano, kiedy był na to czas... (pauza: ― tamci czekają, aż będzie kontynuował) Później będę mieć jeszcze jeden ważny projekt. Ale zaczyna się już lekcja. Idźcie! Niech postępują nasze sprawy.

(powrót do odcinka piątego)

niedziela, 23 listopada 2014

Informacja 8.

(powrót do odcinka czwartego)

Wtedy uczniowie, którzy nie uciekli, bojąc się przybycia policji ― a więc nie tak znów duża liczba w stosunku do wielkości całej gromady ― udali się do sali gimnastycznej na zebranie. Łatwo zgadnąć, że ośrodkiem nie mógł się stać przód pomieszczenia, gdzie podczas oficjalnych uroczystości ustawiano stół prezydialny, poczet sztandarowy i mównicę. Powstał natomiast niezbyt gęsty pierścień uczestników skupionych wokół naturalnego centrum. Wypadało ono rzeczywiście niemal na środku parkietu.

Jeśli niektórzy zebrani liczyli na przywództwo Miłoszowicza, przeliczyli się. Stoi on z rękami skrzyżowanymi na piersi i wygląda, jakby opierał się plecami o najbliższych zwolenników. Jego twarz jest równie nieprzenikniona jak w chwili, kiedy dokonywał za nich symbolicznego matkobójstwa. Teraz jak gdyby przed nim (choć nikt tego nie mówi wprost) wylewają się skargi i formułowane są żądania. Pewna dziewczyna w białej bluzce i krótkiej zielonej spódnicy angażuje uwagę audytorium na dłużej. Nazywają ją Pumka. Zaczyna od mocnego natarcia na obaloną dyrektorkę, rozwodzi się nad tragedią Sylwii i domaga się w krasomówczym uniesieniu, żeby „skoro Hanuka [ojciec] się nie poczuwa”, dziecko wychowali wszyscy razem. Odpowiada jej chór aprobaty i tyleż głosów wrogich, krzyczących wręcz, żeby para (para, przypomnijmy, według matki) wzięła ślub. Tematy polityczne najwyraźniej schodzą z pierwszego planu, więc grupa Miłoszowicza niezbyt mile żegnana wycofuje się ze zgromadzenia. Co zaskakujące, ma to miejsce na dziesięć minut przed przybyciem na salę samej Strąkowskiej.

Znudzeni uczniowie krzywią się, robią miny i przyglądają wyświetlaczom telefonów. Jedynie pełne napięcia oczekiwanie na dalszy ciąg zdaje się ich tutaj trzymać. W centrum tłumu dwaj młodzi działacze zawzięcie pyskują między sobą.

Wreszcie otwierają się drzwi, a ludzie, niczym naelektryzowane cząstki, ciągną w tę stronę. Panuje nieskładny gwar wśród patrzących. Paręnaście osób tworzących kierownictwo samorządu liceum wysuwa się naprzód, chcąc chyba wykorzystać okazję do przejęcia kontroli nad sytuacją. Zebrani przekazują sobie wiadomość, że Sylwia zmieniła ubranie ― włożyła błękitną kieckę i zmyła makijaż. Mówią, że chce robić wokół siebie szum, ale przecież omal nie sapią z lubości poddając się jej zabiegom.

Młoda kobieta kroczy przez ciżbę. Rozstępują się przed nią, a ona ociera łzę za łzą. Pyta łamiącym się głosem, czy zebrali się dla niej. Słychać krótkie okrzyki „tak!” i „nie!”; sprawia to wrażenie rywalizacji. Ktoś macha dłońmi i dają mu mówić. Znają tego ucznia jako błazna, który wygłupia się na lekcjach i wszyscy się z niego śmieją. Chodzi do pierwszej klasy. Śmieszek (jego imię to Marcin) jest gotów bić się z Hanuką. Ten stoi wciąż trochę na uboczu, ale w pobliżu grupy. Odrzuca bojowe zapędy Marcina, chce raz na zawsze wyjaśnić kwestię swojego ojcostwa: niech Sylwia odpowie tu i teraz, przed wszystkimi, na jego pytania. Ona ignoruje wezwanie i tylko powtarza, żeby Marcin nie bił. Lecz większość skłania się ku czemuś przeciwnemu.

Hanuka po krótkiej konsultacji z dwoma kolegami i przyjaciółką oświadcza, że przeciwnik „nie ma zdolności honorowej”. Z drugiej strony padają obelgi dotyczące tego, czego Hanuka jest jakoby pozbawiony, dosyć bezsensowne w kontekście zarzutów o spłodzenie dziecka. Słychać oklaski i buczenie.

Jedna z oburzonych dziewczyn (ale jej uczucia były chyba nieobce koleżankom) zdołała namówić swojego partnera, aby też się z kimś o nią pobił. Znalazł się konkurent skłonny do starcia, z wyglądu potężniejszy niż chłopak owego ładniutkiego podlotka. Walka nie trwała długo. Chłopcy przymierzyli się, rzucili na siebie i po chwili obrońca leżał przygnieciony na dole. Ten drugi przyciskając krtań zmusił go, by się poddał. Ona zawahała się.

(powrót do odcinka czwartego)

Informacja 7.

(powrót do odcinka czwartego)

Tomasz budzi się w białej pościeli na wersalce.

Trzeba będzie zejść na śniadanie. Nieprzyjemnie. Lepiej nie. Na pewno nie ma już Urszuli, która pojechała samochodem do pracy, złożywszy swój narożnik w pokoju dziennym. Czeka mocna herbata, w tym zbrązowiałym wewnątrz kubku, co zawsze, i chleb z pasztetem. Tylko blada buźka Emilki ―

Tomasz budzi się przy wypełnianiu druku na komputerze.

Trzeba posłać pliki do urzędu wojewódzkiego. W terminie do dnia dzisiejszego, zrób coś z niczego. Na pewno jest z siebie dumna pani asystent, która po prostu powklejała do dokumentu punkty z materiałów, potrząsnąwszy wieloznacznie złotą czupryną na szefa. Czeka latte macchiato, za trzy złote w plastikowym kubku z automatu, i petenci o czternastej. Tylko dęby w parku za oknem ―

Tomasz budzi się z dłońmi w nocy na kolanach przed telewizorem.

Trzeba wypchać mózg jakąś papką, żeby tym lepiej usnąć. Tym większa trudność, że tkwi w stopach jakby marzłoć. Na pewno Tomasz Dłociliski nie zazna tej nocy spoczynku bez termoforu. Dlaczego w ogóle koło pięćdziesiątki stał się taki słaby i ciągle kaszle? Czy tak to miało wyglądać? ― brzmi niedorzeczne pytanie, tak jakby nie wiedział od dawna, czym jest życie. Odrzuciłby to poznanie i niechcianą dojrzałość. Trzeba by zrobić coś jak tamta Wiśniewska, która odleciała gdzieś daleko, nakazawszy sobie przyszyć skrzydła kaczki. Czeka zimna woda, by umyć zęby i krocze, a potem zimna kołdra. Tylko ― sen ―

Tomasz budzi się z wędką w ręku na rybach.

Trzeba będzie już się zbierać znad zalewu. Fred wyszedł zza krzewów, Lolek — zaniemógł. Na pewno to mokre powietrze zmieniło w zestaloną zawiesinę kości w jego lewej nodze, którą może teraz co najwyżej obrzucać szeptem przekleństwami, tyle się w życiu nasiedziawszy na stanowiskach. Czeka wieczorna męska biesiada przy piwie z zielonych puszek, które otwierają się z sykiem, i bułka z pasztetem. Tylko gwiazdy, które chyba są gdzieś na niebie —

Tomasz budzi się w białej pościeli na wersalce.

Trzeba będzie zejść na śniadanie. Nieprzyjemnie. Lepiej nie. Na pewno nie ma już w domu Urszuli, która pojechała samochodem do pracy, złożywszy swój narożnik w pokoju dziennym. Czeka mocna herbata, w tym zbrązowiałym od wewnątrz kubku, co zawsze, i chleb z jakąś wędliną. Tylko blada buźka Emilki, z czasu, gdy była jeszcze pyzata i siedząc wspierała głowę na rączce, krążyła mężczyźnie pod zamkniętymi powiekami.

(powrót do odcinka czwartego)

Informacja 6.

(powrót do odcinka czwartego)

Pif!... Paf...!

Dwa strzały z pistoletu rozległy się niemal równocześnie. Jedna z kul uderzyła w grubą żeliwną rurę, która niemal zasłaniała jedną ze ścian kotłowni. Drugi pocisk rozbił baniasty klosz ściennej lampy wiszącej przy wejściu. Kilka ze szklanych drzazg wbiło się w skórę stojącego w drzwiach Dawida Jończyka. Półmrok ogarnął połowę wnętrza. Chłopak syknął.

― Któryś z panów musi iść po apteczkę ― powiedział Filip Gruchała, trzymający broń.

Ton jego głosu bez cienia wątpliwości świadczył, że spodziewa się posłuszeństwa po dwóch mężczyznach, którym przypadła rola strażników zakazanego podziemia. Pan Bogusław, szkolny konserwator w tureckim swetrze, spojrzał na wuefistę Kowalskiego ― ten także miał w dłoni pistolet.

― Niech pójdzie ochotnik z młodzieży ― zawyrokował wuefista Kowalski. ― My się nie poddajemy*. Co by z nas byli za pracownicy?

Skoro inaczej się nie dało, Daria z II C wyprowadziła protestującego rannego na zewnątrz. Podczas gdy dwuosobowa „straż tylna” wiodła za nią wzrokiem, w umyśle Krzyśka, mózgu operacji, trwała intensywna praca. Tamci byli już poinformowani o upadku dyrektorki. Niezależnie od tego, czy uczniom uwierzyli, czy nie, wieść znieśli heroicznie. W każdym razie za nic nie chcieli pozwolić na przeszukanie kotłowni, dokąd wstęp był ― na mocy słów pani Kulkowskiej ― zakazany. Skutku nie przyniosła groźba siły, więc może zadziała propozycja korzyści? Krzysiek Jaworski zdawał sobie sprawę, że nie ma dorosłym wiele do zaoferowania. Pozostawał blef. Taki blef, w którym pozostali będą mogli wziąć udział bez dodatkowych ustaleń, nie wiedząc o jego zwodniczej naturze.

― Nam nie potrzeba pośpiechu ― powiedział do swoich towarzyszy.

― Pełne racji słowa, prezesie ― odrzekł sarkastycznie wuefista Kowalski. ― Jak to mówią, kara może nierychliwa, ale sprawiedliwa.

― Rzeczywiście są szybsze rzeczy, proszę pana.

― Na przykład co?

― Śmigło...wce... ― (No właśnie!) ― Atak śmigłowcowy. Nie powinienem był tego mówić, ale już przepadło.

― Czego nie mówić!? Co przepadło!? ― wyrwały się chłopaki.

Jedynie Filip Gruchała dzierżył wciąż broń spokojnie i pewnie. Zaskarbiał sobie tym uznanie mózgu operacji.

― Załatwiłem nam poparcie pana Chojnackiego ― przyznał niechętnie Krzysiek. ― Jego eskadra ma nas ostrzelać z powietrza, jeśli nie wyślę odpowiedniego kodu esemesem. Automat będzie czekał do piętnaście po dwunastej.

― Kto nauczył dzisiejszą młodzież tak kłamać! ― zawołał pan Bogusław, gwałtownie złapawszy do ust powietrze.

― Prawda? ― zgodził się pan Kowalski.

Mimo tej okazywanej pewności siebie zdawał się lekko drżeć. Może Krzyśkowi się to przywidziało w półcieniu.

― Ale nie ma powodu do paniki, jeszcze ponad dziesięć minut ― rzekł chłopak. ― Ostrzegę was, kiedy zostanie kilkanaście sekund. Ostatni zatrzaśnie drzwi i zablokujemy je przewróconą ławką. ― Tutaj mózg operacji rzucił lodowate spojrzenie swych oczu w głąb kotłowni. ― Planowałem pozostawić tę rozgrywkę na koniec, ale trudno, karty są odkryte, podziwiajcie.

― Łajdaku...! ― szepnął mimo woli szkolny konserwator.

To była ciężka chwila. Oblicza młodych mężczyzn zmarszczyły się, ich miny spoważniały. Krzysiek Jaworski położył rękę na ramieniu Filipa. Przywódca uśmiechał się. Nie męczyło go wahanie, czy zadać śmierć.

W tym czasie jego siostra wróciła z apteczką do Dawida Jończyka, siedzącego w zagłębieniu terenu pomiędzy boiskiem a piwnicznymi okienkami liceum. Wśród pięciu uczestników płci męskiej Daria była jedyną kobietą, jaką dopuszczono do udziału w owej niebezpiecznej przygodzie. Bystra, świeża i gadatliwa, miała warkocz brązowy i oczy błyszczące. Teraz jednak nic w Darii Jaworskiej nie zakłócało skupienia, z jakim wyjmowała odłamki ze skóry chłopca, który zaciskał zęby, by nie ujawniać bólu. Delikatne dłonie dziewczyny tamowały krew watą nasączoną wodą utlenioną.

Dawid zwrócił na sanitariuszkę wzrok pełen nie całkiem przytomnej wdzięczności.

― Dziękuję, Dario ― powiedział cicho.

― Nie ma za co, i nie wzdychaj. Módl się, żeby ci wojenne blizny nie zostały ― odparła, zbierając swoje rzeczy, lecz usta zadrgały jej figlarnie.

Zaś Krzysiek Jaworski zawołał ostro:

― Bez narad, panowie!

Wuefista Kowalski usiłował nachylić się do pana Bogusława, nie tracąc wizualnej kontroli nad wejściem. Chciał najwidoczniej porozumieć się z konserwatorem. Nie raczyli zareagować na żądanie chłopaka ― postanowił więc błyskawicznie, dzięki nieomylnemu podszeptowi instynktu.

― Brać ich ― rozkazał.

Dwa słowa wystarczyły, aby młode ciała runęły z impetem w ciemność. Atak był tak nagły, że obaj mężczyźni odruchowo spróbowali się chronić, odskakując w kierunku ściany. Wuefista Kowalski wygramolił się na piecu i głośno syknął. Napastnicy złapali ich od tyłu i przycisnęli do podłogi.

― Nie ruszać się, bo strzelam ― oznajmił Filip Gruchała, stojący teraz dumnie na środku.

Znalazł się zaraz pięćdziesięciometrowy przedłużacz, którego kabel posłużył jako sznur do związania jeńców. Gdy tylko ukończono tę czynność, rozpoczęto z kolei przesłuchanie.

― Co tutaj było takiego do ukrycia? ― pasjonował się Krzysiek. ― Co próbowano schować przed całym światem w tym lochu...? Pęknięte rury! Dobre sobie!

Więźniowie nie odpowiadali. Przyglądali się bezradnie, jak Hubert i Szymon przeszukują zakamarki pomieszczenia. W najdalszym kącie zza wiadra wydobyli ciężki garniec z kamionki. Był straszliwie ciężki i musieli go unieść we dwóch.

― Będziecie kisić kapustę czy ogórki? ― roześmiała się od progu powracająca Daria, za którą powoli szedł Dawid.

― Tu chyba jest niekiszone złoto ― powiedział Szymon, odsunąwszy pokrywę.

― W grę wchodzi tylko podział po równo ― zastrzegł natychmiast Hubert.

― O, o! ― wtrącił przywódca. ― Teraz macie przypływ zapału. Jak mówiłem wam: chodźcie, to nie pamiętam, żebyście się tak rwali!

Przerwał, bo musiał przecież wysłać esemesa do śmigłowcowego automatu. Nadzwyczaj powoli i uważnie wpisał na klawiaturze ekranowej „Pokaze Ci cos mega po szkole” oraz wybrał Alę, tę szalejącą za nim blondynkę z technikum, jako adresatkę.

― A pan Chojnacki nie będzie chciał przypadkiem otrzymać swojej działki?

Troszczył się o to, jak można się domyślić, pan Kowalski.

― Owszem ― odrzekł Krzysiek. ― W tym właśnie sęk. Ale to nie będzie więcej niż połowa ― zapewnił pospiesznie. ― Macie tu coś jeszcze schowanego, panowie? Co?

― Jajo ― mruknął pan Bogusław. ― I trupa.

― Ale żarty to się ich trzymają! ― wzburzył się Filip Gruchała.

Szymon, ten niepoprawny materialista, z niewzruszonym opanowaniem układał na podłodze monety obok sztuk biżuterii. Krzysiek zarządził, aby przyspieszyć akcję i szukać fantów dokładniej. Kotłownia nie należała wszak do dużych. Znajdowały się tutaj dwa piece: węglowy i olejowy, jednak tego pierwszego już w zasadzie nie używano. Oprócz nich przestrzeń wypełniały pompy do wody i oleju oraz wielki białawy zbiornik paliwa. Jeszcze niedawno, kiedy panowały mrozy, pan Bogusław przychodził tutaj nad ranem i naciskał czerwony pstryczek włącznika, inicjujący rozpalanie ognia. Woda pobierała ciepło z kotła i przemieszczała się ku górnym częściom instalacji, gdzie wypełniała grzejniki w całym budynku. Tutaj, na dole, przez obecność owej plątaniny rur i urządzeń było duszno i ciasno. Ludzie młodego Jaworskiego z trudem unikali ciągłego ocierania się o siebie.

I tak za którymś razem Hubert zaczepił bluzą o drzwiczki starego pieca węglowego. Zaskrzypiały i otworzyły się w jednej czwartej.

― O, tutaj coś jest!

― Ja też znalazłam, tu pod pompą! ― zawołała Daria.

Bogusław nie kłamał. Hubert wydobył z paleniska skórzastą piłkę znacznie większą od ludzkiej głowy. Pomimo swej elastyczności przedmiot uporczywie zachowywał kształt świadczący, że mają do czynienia z jajem jakiegoś stworzenia. Znalezisko Jaworskiej okazało się bardziej makabryczne. Były to zawinięte w worek zwłoki dziecka (jak wskazywał pierwszy ogląd) z wielkimi oczami. Śliska szara skóra pachniała trawą i czarną ziemią, chociaż woń wydawała się Darii jednocześnie słodka w trudny do opisania, ohydny sposób. Coś w tym truchle kojarzyło się z tamtym jajem.

Ale Krzysiek, jako mózg operacji, póki co zakazał kolegom głośnego rozważania, co właściwie znaleźli. Zabawili tutaj dość długo. Wymknęli się wszyscy gęsiego z łupami, pochyleni w sposób charakterystyczny zapewne dla włamywaczy do egipskich grobowców. Na końcu Szymon zgasił światło. Biżuteria dzwoniła mu w kieszeniach. Pan konserwator i wuefista Kowalski mieli przed sobą dużo czasu na zacieśnianie znajomości.

* Jeśli Czytelnik zechce, może czytać „my się stąd nie ruszamy”, co przesunie konwencję tego fragmentu o dobre parę dziesięcioleci naprzód.

(powrót do odcinka czwartego)

niedziela, 2 listopada 2014

Informacja 5.

(powrót do odcinka trzeciego)

W owym czasie wśród mieszkańców miasteczka G. znalazło się wielu takich, co pozwalali swoim dzieciom płci obojga w ogóle opuszczać szkołę, uznawali bowiem, że można teraz bez trudności zdobywać pieniądze na opędzanie wszelkich wydatków. W tego rodzaju okolicznościach pojawili się zmyślni kupcy i kapitaliści, którzy wyprzedawali tanio rzeczy niezbyt drogo otrzymane, bowiem dzięki mocy czterowymiarowych drukarek. Do różnych posług zatrudniano już najgorszych leni i hultajów.

Jednak nie zawsze maszyna wszechsprawna zaspokaja wszystkie potrzeby, a czasem też nie chce się od niej tego: co może być dobrze wiedzieć, kiedy ją spotkacie. Opowiem, w nadziei, że zdoła zająć tak świetne towarzystwo, historię związaną z tą materią. Będzie ona o pani, która nieopatrznie pozwoliła swemu sercu utonąć w oczach pewnego młodzieńca; i zechciała mu użyczyć wedle jego życzeń owoców twórczych maszyn, jeśli nie własnych, to mężowskich, zanim by go obdarowała kwiatami swojego afektu i przyrodzenia.

Żyje, jak słychać, w miejscowości R. pan Grzegorz, człowiek zamożny, zasobny w ziemię i kapitały, a cieszący się sławą uczciwego obywatela. Lecz doglądanie skomplikowanego interesu od rana aż po wieczór tyle mu zajmuje czasu, że nie staje go na oddawanie małżonce tego, co jej się z natury od męża należy. Piękna pani Katarzyna ― takie jest imię żony pana Grzegorza ― nawykła więc spędzać późne godziny na szyciu przy oknie w kuchni. W ten sposób nudziła się bardzo, dopóki nie nastąpiło następujące zdarzenie.

Oto pewnego dnia pod dom naszych państwa zajechała niebieska ciężarówka; pracownicy wyładowali z niej bryłę lodowatej substancji, olbrzymią jak pół stodoły, kryjącą czterowymiarową drukarkę nie większą od melonu. Pan Grzegorz osobiście przyglądał się tym czynnościom i nakazał maszynę umieścić w starym garażu, nieopodal sadu pełnego grusz i śliw.

― Spójrz ― rzekł do żony ― będziemy mogli teraz wytworzyć sobie wszystko, co będzie nam potrzebne, albo czego nam się zachce.

Ona zaś ucieszyła się w duchu z ubrań i butów, które obiecała sobie sprawić, by oszołomić inne kobiety z sąsiedztwa i z towarzystwa. Aliści ktoś jeszcze pojawił się wraz z nowym nabytkiem: mianowicie młody i nadzwyczaj urodziwy pan Patryk, co uzyskawszy na uniwersytecie stopień magistra został operatorem wszechsprawnego mechanizmu, opłacanym przez korporację Dreamprinter. Oglądając co rano z okna pana Patryka, gdy biegał po słonecznej ulicy, pani Katarzyna zapragnęła go z gwałtownością serca przyzwyczajonego już do rzadkiego bicia w piersi na pół zamarłej, jak ziemia nieorana. Zatem wezwała wzmiankowana pani do siebie swą zaufaną dziewczynę Rusinkę, imieniem Nadzieja, i zwierzywszy jej swoje troski posłała do pana Patryka, by Nadzieja przekazała mu zaproszenie do domu na partię szachów po południu.

Trzeba powiedzieć, że kształty ciała bogatej Katarzyny od początku nie uszły uwagi młodego inżyniera. Będąc jednak leniwym i nieśmiałym z usposobienia, nie podjął żadnych starań, by ją uwieść. Kiedy zaś Rusinka przyniosła mu wiadomość od pani, zdumiał się i zmieszał, ale obiecał przyjść, jak tylko obowiązki mu to umożliwią.

W pewien dzień wiosenny zasiedli pan Patryk i pani Katarzyna nad szachami w ogrodowej altanie; jej mąż pilnował w tym czasie prac na polu. Niepewny jak się zachować, przecież młodzieniec uzyskał prędko przewagę na planszy, co nie było wbrew woli pani Katarzyny. W pewnej chwili pan Patryk sięgnął po konia, by zadać szach białemu królowi, zagrożonemu w sąsiedniej kolumnie przez wieżę. Pani Katarzyna chwyciła wtedy w ręce dłoń magistra, którą musiał był zbliżyć do jej piersi, i ściskając mocno, wyznała z głębi duszy miłość, co ją paliła. A widząc jego rozszerzone źrenice i czując drżenie rąk, dodała:

― Mój najmilszy, mam władzę nad maszyną, jak i mój mąż. Każę więc jej stworzyć dla ciebie to, co najbardziej nasyci twoje oczy, co najmilej ogrzeje twoje serce, a na końcu to, co wprowadzi cię całego w najsilniejsze drżenie.

Pan Patryk zdążył już w myślach ulec zupełnie woli pani, by połączyć się pieszczotą na poduszkach ścielących ławki altany. Lecz obietnica zaciekawiła go na tyle, by się zgodził przyjąć, co mu darowano. Wtedy kobieta, nie puszczając dłoni pana Patryka, powiedziała jeszcze:

― Jednak jeśli zadowolę cię we wszystkim, to oddasz mi swój dostępnik, bym mogła, gdy zechcę, odciąć Sieć od twej oblicznicy i wezwać cię do siebie.

― Moja pani ― rzekł na to pan Patryk ― będzie, jak mówisz.

Udali się oboje do garażu, gdzie stała czterowymiarowa drukarka. Pani Katarzyna nakazała Nadziei wypatrywać samochodu pana Grzegorza z poddasza, na wypadek, gdyby mąż miał przedwcześnie wrócić. Obrotną dziewczynę pani obiecała wynagrodzić drogimi koralami z pereł, jeżeli dobrze wypełni swe zadanie.

Nasz magister stanął nad pulpitem rozrządu, gdy pani zajęła, zeskanowawszy tęczówki dla potwierdzenia, miejsce przy mikrofonie. Zapytała pana Patryka, co by jego oczy najbardziej nasyciło. „Kto wie, czy będę mógł jeszcze kiedyś spełnić swe życzenia tą maszyną: lepiej więc, bym nie stracił tej okazji na byle widoczek. A z drugiej strony nie mogę zażądać widoku pięknej kobiety, by nie wzbudzić zazdrości tej, co przede mną stoi” ― pomyślał sobie. Wahając się dłuższą chwilę, odparł, że chciałby zobaczyć wodospad wznoszący się wieloma piętrami, nad którym unosi się mgła; wokół powinien rozciągać się las pełen cudzoziemskich drzew, otoczony łańcuchem śnieżnych szczytów; a poza tym w dole powinien się otwierać widok na piekło, a w górze na niebo. Pani Katarzyna naszeptała do mikrofonu, co jej pan Patryk powiedział, i śmiejąc się dodała jeszcze to i owo od siebie. Zgodzili się przy tym, żeby pole działania drukarki ograniczyć dla dyskrecji i oszczędności energii do garażu, w którym się znajdują. Seanse miały trwać równo pięć minut.

Maszyna zaszumiała głośniej i zamigała jaśniej niż na jałowym biegu. I zobaczyli oboje, że ściany wraz z sufitem i podłogą znikają, by ustąpić temu, czego pan Patryk sobie był zażyczył. Przy czym pani Katarzyna, mniej mając oporów od jej ulubieńca, nakazała, by po wodzie zjeżdżały nagie dziewice o mlecznej płci i złotych włosach. Na dole krasawice igrały w rzece. W otchłani piekielnej diabły z duszami potępionymi gotowali się jak w kotle, wśród chmur na niebiosach śpiewali najprawdziwsi anieli, tak że pani Katarzyna i pan Patryk poczuli się przy tej sposobności umocnieni w wierze chrześcijańskiej. Po pięciu minutach, tak jak ustalono, wszystko rozpadło się w chmury prochu, zassane szybko przez wentylatory.

Pani Katarzyna zapytała pana Patryka, czy jakiś wytwór ludzkiej zmyślności by mógł lepiej nasycić jego oczy. Młodzieniec musiał odpowiedzieć, że nie. Dalej miał postanowić, co by najmilej ogrzało jego serce. Wciąż pragnąc zrobić wrażenie szlachetnej osoby, wybrał uczynienie dostatnim i pomyślnym życia tysiąca nieszczęśliwych dzieci. Znowu uzupełniła to pani Katarzyna od siebie o danie dziatwie większego rozumu, żeby i później radziła sobie lepiej w świecie. Jakoż maszyna, ponieważ zabrakło jej nieszczęśliwych dzieci w okolicy, wytworzyła znaczny zastęp dodatkowych, które otarłszy łzy poczęły się uśmiechać i dziarsko śpiewać, zanim nie znikła cała gromadka i proch nie został pochłonięty przez wentylatory.

I tym razem pan Patryk przyznał, że za sprawą pani Katarzyny serce jego zostało rozgrzane najmilej, jak to by sobie można pomyśleć. Z kolei postawiła przed nim kwestię najsilniejszego drżenia. Tutaj przestraszył się nieborak, że będzie musiał oddać swój sieciowy dostępnik roznamiętnionej kobiecie, i począł myśleć, jak by uniknąć takiego obrotu zdarzeń. Powiedział więc:

― Moja pani, tym razem prośba moja będzie prosta. Spraw, jeślić się tak spodoba, bym miał lat siedemnaście i znalazł się na łące, gdzie rosną wierzby, i by w porze zmierzchu zapach wiatr niósł świeżego siana. Nic nie wzruszy mnie bardziej niż wspomnienie młodości.

― Czy nic w tym nie pominąłeś, Patryku? ― spytała pani Katarzyna, tknięta podejrzeniem.

Pan Patryk milczał chwilę, nim odparł:

― To prawda, że miałem wtedy przy sobie dziewczynę, która była moją kochanką. Ale nie ona jest istotna: chcę zobaczyć wieś, gdzie mieszka mój dziad.

― Będzie, jak powiedziałeś.

Nie bez wahania pani Katarzyna wyszeptała rozkazy dla maszyny twórczej. Wokół dwojga pojawiła się pachnąca łąka mazowiecka. Jakże zdumiał się pan Patryk, gdy ujrzał u swojego boku panią Katarzynę z lśniącymi świeżo kasztanowatymi włosami, policzkami krągłymi i gładkimi, słowem odmłodniałą, zdaje się, o dwa dziesięciolecia, i jeszcze przebraną w niebieską sukieneczkę w grochy. Razem zapomnieli się w pocałunku, lecz każde czuło przy tym dziwne przerażenie, którego nie potrafiliby sobie wypowiedzieć. Młodzieniec ze wszystkich sił starał się w tym czasie powstrzymać członki od poruszenia.

Kiedy wszystko się rozwiało, pani Katarzyna zapytała z niepokojem, trzymając ciągle w ramionach kochanka:

― Powiedz zatem, czy nie zadrżałeś teraz najsilniej ze wszystkich mężczyzn? Bowiem nie czułam?

― Nie wolno mi kłamać, moja pani ― powiedział pan Patryk, spuszczając wzrok ― powiem więc szczerze, że nie drżałem, choć zrobiło mi się w środku gorąco. To dlatego, że dałaś mi całkiem nowe przeżycie, i byłaś dla mnie ważniejsza niż wspomnienie. Moja pamięć, Katarzyno, przestała mnie przed chwilą poruszać.

Na to pani Katarzyna rozpłakała się i przyznała, że nie wypełniła danego przyrzeczenia, chociaż oświadczenie pana Patryka wielce ją zadowoliło. Ten zaś cieszył się w skrytości ducha, że zachował swój dostępnik we własnych rękach: albowiem tak naprawdę niewiele pamiętał z czasów, kiedy był wożony ojcowskim autem na wieś na wakacje; zaś co do pulchnej Anny o czarnych warkoczach, co mieszkała wówczas w pobliżu i wyobraził ją sobie wtuloną w niego pod wierzbą, to nigdy nie była jego kochanką inaczej niż w nieprzytomnych rojeniach przyszłego magistra. Takim to fortelem zdołał wzruszyć uroczą mężatkę, wychodząc na swoje: i cieszył się nią i tamtego popołudnia, i jeszcze później po wielokroć, a ona niezmiennie była mu rada.

(powrót do odcinka trzeciego)

niedziela, 19 października 2014

Informacja 4.

(powrót do odcinka drugiego)

Znacznie później zastanawiano się, czy swoje dokonania Darek Wysocki, lepiej znany jako Darson, zawdzięczał bardziej autorskim pomysłom ― czy też podszeptom osób ze swojego otoczenia. Oczywiście (a przynajmniej z punktu widzenia staromodnej fizyki sprzed drukarek czterowymiarowych) coś nie może powstać z niczego, a każdego człowieka tworzą w ostatecznym rachunku jego warunki zewnętrzne. Darek był prostym chłopakiem. Lubił sport, dobrą zabawę, alkohol i jeździć samochodem.

Miesiąc wcześniej, w połowie lutego, był z kolegami w miejscowości L. niedaleko miasteczka G., gdzie tradycyjnie odbywały się imprezy z wjazdem za dziesięć złotych. Tej nocy na parkiecie ruszano się dosyć niemrawo, jak na gust Darka. Kółeczka tańczących miały wokół siebie dużo pustej przestrzeni; znudzone dziewczyny przewracały zaczernionymi oczami; nawet w głosie krzyczącego do mikrofonu didżeja słyszało się, że coś jest nie do końca tak.

― Jakby wszystkich, kurwa, śnieg zatrzymał ― powiedział Darek do Irka.

Wyszedł przed drugą. Stanął sobie kulturalnie na chodniku z krzywych płyt betonowych, wsparł się o barierkę mostu biegnącego nad strumykiem. Metal był oszroniony i śliski. Chłopak zapalił papierosa, czując wyraźnie w żołądku z osiem czy dziesięć szotów wódki zapitych sokiem. Smak dymu nikotynowego na moment przykrył wszystko, co dziś było chujowe. Darek napawał się tą przyjemnością, patrzył to w ciemną noc, to w pulsujący grzmotem i światłem budynek dyskoteki, przemianowanej jakiś czas temu na klub muzyczny.

W chwilę później poczuł wirowanie błędnika, wilgoć i jeszcze więcej zimna. Z trudem powstrzymał wymioty. Nie puści pawia jak jakiś dzieciak, jest profesjonalistą. Po trudnym do określenia czasie usłyszał głos Irka, albo Olka.

― Darson! Nie połamałeś się, mendo!?

Chłopaki widocznie w końcu zrozumieli, że z tej imprezy rzeczywiście nic nie będzie. Podnieśli go ze śniegu; zauważył, że spadł na dno zbocza, na zamarzniętą powierzchnię strumienia. Roześmiał się. A to przygoda! Olek kręcił cały czas film komórką. Potrzebowali teraz kogoś dysponującego samochodem, ostatecznie taksówki. Wydobyli się z rowu, żeby na mostku każdy napisał esemesy do rodzeństwa. Darek zaproponował przejście się kawałek drogą w kierunku ze wsi, w czasie kiedy i tak musieli czekać na odpowiedź. Przy okazji wysikali się pod jakimś wielkim drzewem.

Darek zaklął, kiedy dotknął dłonią swojej kurtki na piersi. Zdał sobie sprawę, że to dziwne uczucie na skórze powoduje spalony materiał, pewnie od papierosa, na który musiał upaść. Zimne powietrze rozdarła skarga chłopaka ― jak on to się teraz starym wytłumaczy. Irek i Olek śmiali się z niego i walili w plecy. Wytoczyli się we trzech na środek jezdni.

― Samochód! ― krzyknął któryś ostrzegawczo.

Auto, świecące podłużnymi reflektorami, zatrzymało się płynnie o dwa metry przed nimi. Chłopaki schodzili pospiesznie z drogi, mogąc teraz przyjrzeć się srebrnej, opływowej maszynie. Był to aston martin, jak zauważył głośno Irek.

Drzwiami dla pasażera wysiadł potężny łysy gość w eleganckim garniturze. Młodzi chcieli zaraz uciekać, jednak szosa była śliska, a pola zaśnieżone. Irek omal nie upadł, wsparł się na ramionach kolegów.

― Co to, panowie, impreza kiepska, się wam nie udaje? ― zapytał łysy. ― Wsiadajcie się do fury, zabalujecie z nami!

Zaproszenie zostało przyjęte zrazu z dużą nieufnością. Facet zapewniał, że zabawa odbywa się w willi kierowcy ― widzieli przez szybę włóczkową czapkę, pod nią młodą twarz z jasnymi wąsami, koleś miał ksywkę Mario ― i dalej, że czysta leje się z fontanny, że mają trawę i dziewczyny, i że zwykle kręcą porno nocami. Chłopaki byli na tyle otumanieni, że nie wiedzieli, jak znaleźli się na tylnym siedzeniu, upchnięci obok rudej laski w topie z błyszczących łusek. Miała duże piersi i nosiła okulary z grubymi oprawkami. Podsunęła im częściowo wypełnione śmieciami po jedzeniu papierowe torby z McDonalda ― na wypadek, powiedziała, gdyby mieli rzygać. Zaoferowała też do dopicia colę z papierowego kubka po łysym, jednak nikt się nie skusił.

Darek znalazł się najbliżej dziewczyny, pachnącej mocno jakimiś perfumami, ale najchętniej usiadłby z drugiej strony przy oknie ― bo właściwie miejsca było tu na dwie osoby, mające dla siebie fotele przedzielone szerokim podłokietnikiem ― i na tym podłokietniku na środku musieli się tłoczyć z Olkiem, kuląc głowy pod sufitem. Radio grało. Ośnieżone drzewa przy brzegach szarobiaławej szosy migały miarowo za szybą. Mario rozmawiał o czymś z łysym, co do Darka prawie nie docierało; dostrzegał natomiast, że po prostu odlatuje, jego świadomość unosiła się płynnie w rytmie melodyjnych bitów z radia i ucieczki drzew, stając się jednością z pędzącym samochodem, droga była tym jaśniejsza, im ciemniejsze było wszystko wokół, i jaśniały nad nią cudownie barwne zorze, sunące z dołu w górę, i Darek czuł, że w tym momencie pojmuje coś straszliwie głębokiego, co, jak mu się zdawało, musi koniecznie zapamiętać na całe życie.

Ruda pytała za plecami ― dosłownie ― młodego Wysockiego, jak spalił sobie kurtkę, i nic go to nie obchodziło. Dziewczyna skomentowała, że kolega musiał sobie nieźle pochlać, i pewnie sztachać się czymś jeszcze.

Samochód skręcił z głównej drogi na podjazd na posesję. Nawierzchnia była tak gładka, że prawie nie czuli jazdy.

Darek uderzył się boleśnie w goleń o kamień obok ścieżki, przy której rosły iglaste krzaczory.

Przed oczami ciągnęły się z lewa w prawo przeszklone ściany, filary z drewna i barierki tarasów, jednych na drugich. Każda drobina światła, padając wśród nocy na okienne tafle, zwielokrotniała się lustrzanymi odbiciami i pomarańczowym iskrzeniem. Wysoko na szczycie wirowała olbrzymia srebrna kula.

Gdy weszli na zamkniętą imprezę, Darkowi zdawało się, jakby wcale tam nie było jego, tylko jakiś ― z trudem by to określił ― manekin. Jego oczy widziały, jak chłopakom nalewano wódki do migających na niebiesko kieliszków. Stały rządkiem na blacie z ciemnego drewna. Wokół stłoczeni ludzie odpływali zbiorowo i każdy z osobna. Drogie ubrania. Elita ― takie było Darsonowskie rozumienie tego słowa. Tłum pachniał mdląco jakąś niesamowitą, zmieszaną wonią.

― Chodź ― zabrzmiał w uchu krzyk łysego.

Szli we dwóch mrocznym korytarzem, gdzie drżała podłoga, a zza szyb z prawej dostawał się blady blask księżyca.

Dłoń łysego była żylasta, uda i lędźwie potężne, nawarstwione mięśniami. Dreszcz, zarazem straszny i ekscytujący, przebiegł wzdłuż kręgów chłopaka.

― Zobaczysz teatr ― powiedział mężczyzna.

Darek poczuł się trochę oszukany. Wystarczyło mu, że go ze trzy razy wywożono ze szkoły na jakieś tam przedstawienia. Jednak szli i wgłębiali się w długą, coraz ciemniejszą przestrzeń.

Potem wznieśli się, chyba po schodach, i w jednej chwili zalało ich znów światło ― światło dziesiątek ognisk, rozpalonych na śniegu ― chodzili między nimi z gałęziami jacyś ludzie w kolorowych kurtkach. Gdzieś w dali, na widnokręgu czerniał sosnowy las.

Łysy mówił Darkowi. Mówił o geniuszu swojego znajomego, którego Mario zatrudnił do reżyserowania ― o zbiorowym objawieniu, mającym przeszyć wnętrze chłopaka ― o skruszeniu sztucznych murów, budowanych w nim od dziecka ― żeby każdemu impulsowi poddawać się od razu. Słuchającemu pozostało z tych wyjaśnień tylko ogólne, mętne wrażenie dziwności.

Tamten nakazał mu zdjąć ubranie razem ze wszystkimi; a wciąż schodziły się kolejne osoby, w większości z drinkiem w ręce. Nagość miała, jak wyjaśnił, wytworzyć pierwotny nastrój na widowni. Chociaż Darek nie czuł prawie zimna, musiał pozwolić owinąć się w przezroczystą folię miłym hostessom, których dotykali wszyscy swobodnie. Właściwie osłonę wykonano z nieznanego dawniej materiału, który dobrze wygłuszał cieplnie, ale przekazywał wiernie wrażenia dotykowe.

Mężczyźni i kobiety kłębili się w kręgu, na śniegu, pomiędzy ogniskami, a grupa postaci o czerwonej skórze wciągnęła do środka na sznurach olbrzymią, szarpiącą się żyrafę. Przy linach łopotały czerwone i białe chorągiewki. Ktoś ogłosił uspokajająco przez megafon, że żyrafa nie jest prawdziwa i nie będzie jej boleć.

Darek mimowolnie osunął się na ziemię, do pozycji siedzącej. Miał jednak jasność umysłu, której był pewien bezwzględnie, i starał się śledzić akcję, żeby łysemu nie wydać się prostakiem. Widział wyraźnie oddaloną o kilka metrów od zwierzęcia parę aktorów. Byli to blondyn w zielonym kostiumie i ciemnowłosa dziewczyna w minisukience. Mówili coś długo, raz jedno, raz drugie, ale nie tak, jak się normalnie mówi, tylko jakby każde słowo oddzielnie.

On powiedział: „patrzyłaś jak uciekałem”. A ona: „nigdy nie czułam, jak tam macałeś”.

Rozległa się muzyka z głośników.

Indianie skrócili sznury i wznieśli noże.

Krew wytrysnęła we wszystkie strony z ciała żyrafy, padając na foliowe odzienia widzów w pierwszych rzędach. Z rozdartych trzewi wypadły czerwone aż w czerń bele słomy ― wijące się w posoce, wężowate jelita, z których ktoś próbował się uwolnić, wciąż się zaplątując ― bijące serce, schwytane przez aktorkę w sukience, by wkładać je sobie do ust. Wzniosły się nieskładne wrzaski. Ludzie w czarnych trykotach wypadli z ciężkimi kocami i pogasili ogniska. Zaroiło się od policjantów w staroświeckich, granatowych mundurach; w rękach dzierżyli coś jakby miecze o metrowych ostrzach.

Później już nic nie było widać poza chaosem cieni kotłujących się w mroku. Krzyki, nie wiadomo, bólu czy rozkoszy, dobiegały ze wszystkich stron. W niebo wzlatywały kominy dymu.

Podziwiając to wszystko półleżąc na ziemi, Darek zaczynał rozumieć wcześniejsze słowa łysego, jakkolwiek one brzmiały. Tutejsze widoki nie różniły się aż tak bardzo od horrorów oglądanych nałogowo przez jednego z kuzynów młodego Wysockiego... jednak teraz chłopak czuł, że coś się przewraca... że w środku ma lód, a potem „niczym” gorąco... że na wskroś przenika go epicka zajawka... że to zajebiste.

Czyjaś ręka wywróciła go na plecy. Usłyszał znajomy głos: trochę zachrypnięty.

― Już prawie koniec ― powiedział łysy. ― Chodźmy do pokoju. Będzie tam paru moich kolegów.

Mężczyzna pomógł Darkowi wstać. Skierowali się w stronę willi, która na tle nocnych ciemności wydawała się ogromna.

(powrót do odcinka drugiego)

niedziela, 5 października 2014

Informacja 3.

(powrót do odcinka pierwszego)

Po drukarkach trójwymiarowych następnym krokiem była czterowymiarowa drukarka rzeczywista. Jako pierwszy zbudował ją macedoński inżynier Goran Dolew ze Skopijskich Zakładów Automotorowych. Jego dziecko, PROMEN-1, wykorzystywało części przywiezione z innych części byłej Jugosławii, gdzie złom stał się bardzo tani po wojnie. Podstawą konstrukcji stała się starożytna atramentowa drukarka Epson. Była ona ośrodkiem układu wybijającego w rzeczywistości szczeliny odpowiedniego kształtu, prowokujące ruch cząsteczek subatomowych, który to ruch formował żądany byt w czasoprzestrzeni. Maszynę napędzały trzy hałaśliwe silniki Diesla. Trzeba było ją przykrywać białym prześcieradłem, żeby wędrujące fotony ją omijały.

Dolew podczas prezentacji przed obliczem dyrekcji wydobył ze swojego PROMEN-a kolejno jednorożca, dwóipółminutowe kontinuum czasoprzestrzenne ze stali cynkowanej oraz marmurowy posąg Batmana (już na tym etapie widoczne były problemy z kontrolowaniem działania drukarki). Po pokazie widzowie z kierownictwa fabryki przypisali jednak to wszystko raczej kolorowym kruchym ciasteczkom, jakimi ich inż. Dolew poczęstował, niż jego dziełu życia. Finansowanie projektu wstrzymano.

Tylko jedna osoba na sali zrozumiała wagę odkrycia — Adam Lufa, właściciel sklepu modelarskiego w Otwocku pod Warszawą. Sobie jedynie znanym sposobem Lufa wydobył od Dolewa plany PROMEN-a i zabrał je z sobą w teczce do kraju. Na podstawie notatek Lufa, przy pomocy swojego pracownika Eugeniusza, zbudował w piwnicy pierwszą polską rzeczywistą drukarkę czterowymiarową FORMEN. Ważyła ona pięć ton i miała teoretyczną wydajność dwóch tysięcy metrosekund na godzinę, lecz trzeba było ją co pięć minut wyłączać, by wyczyścić matrycę silnym detergentem. Zaniedbanie groziło niekontrolowanym powstawaniem niechcianych tworów, jak na przykład dokładna replika ósmej sowieckiej dywizji pancernej z 1944 roku, którą trzeba było zwalczyć analogiczną jednostką niemiecką. Utrzymywanie w sekrecie tego, co się działo w piwnicy domu Adama Lufy, nie było więc wcale proste.

W końcu znalazł się też niechciany naśladowca, Erik Rosenbaum z Berkeley w Kalifornii, który dzięki funduszom uzyskanym od kolegi zbudował w swoim pokoju w akademiku maszynę SFAG (skrót od Suitable For Any Gender). SFAG miało wydajność aż piętnastu tysięcy metrosekund na godzinę i wkrótce po rozruchu spaliło prawie cały uniwersytet wraz z samą osobą Rosenbauma, co jego kolega ― który zebrał żniwo medialnego szumu i przejął interes ― uznał za wielki sukces. Skala zniszczeń uniemożliwiła również dokładne ustalenie charakteru powiązań między konstrukcją z Berkeley a konstrukcją z Otwocka. Późniejszy proces Adam W. J. Lufa, spółka z o.o. przeciwko Dreamprinter Corp., zakończony zresztą ugodą, niewiele w tej sprawie rozjaśnił. Podejrzewa się, że Lufa miał w domu zawirusowanego Windowsa, który wyprowadził kluczowe informacje na tajne fora sieciowych chuliganów, gdzie z kolei odnalazł je Rosenbaum.

Wkrótce ten pionierski okres czterowymiarowego drukowania przerwała eksplozja zastosowań przemysłowych i wojskowych. Wcześniejsze ograniczenia produkcyjne i logistyczne przestały obowiązywać. Wystarczyło źródło energii i, co najważniejsze, rzeczywista drukarka czterowymiarowa.

Pewnego dnia w Internecie pojawiły się filmy pokazujące na ulicach dzielnic rządowych Pekinu, Moskwy i Teheranu szalejące jaszczury oraz pełzające głowonogi-giganty z wijącymi się mackami. Ludzie w garniturach uciekali w panice, a budynki waliły się, kruszone i gniecione przez potwory o martwych oczach. Materiały te telewizje nadały jako ciekawostkę, ponieważ powszechnie uznano je za tak zwaną lipę. Węszono tutaj sprytną reklamę jakiegoś studia graficznego. A jednak tak wyglądała prawda. Stany Zjednoczone ponownie stały się jedynym supermocarstwem dzięki swojemu drukowanemu uzbrojeniu. Myszy zjadły arsenały jądrowe, niczym ― niemal tysiąc dwieście lat wcześniej ― króla Popiela w wieży.

Prawdziwą eskalację chaosu przyniosło rozpowszechnienie produktów Dreamprinters Corp. wśród użytkowników domowych. Mieszkania zamieniano w rajskie zakątki dekadenckich przyjemności, gdzie zapraszano znajomych na imprezy; ścigano się na wspaniałość samochodów, ubrań, domów; wszechobecny stał się obyczaj sąsiedzkich najazdów i zajazdów dla urozmaicenia codzienności (wykorzystywano do tego celu gobliny). Nużące prace zlecano rojom użytkowych owadów, podobnych do pszczół czy mrówek, które wybijano sprejem, gdy przestawały być potrzebne. Wielkie plastikowe rury wkładane do mózgu potrafiły dostarczać nieprzerwany strumień artykułów i filmików z Internetu z pięciokrotnym przyspieszeniem. Różowe, pluszowe pijawki odsysały tłuszcz i stymulowały wzrost okolic ciała, gdzie uważano to za pożądane. Oczywiście na te wynalazki trzeba było mieć pieniądze. Szybko jednak wartość pieniądza przestała wiele znaczyć.

Wszelkie próby sztucznego zatrzymania tych tendencji były skazane na klęskę, bo każdy właściciel rzeczywistej drukarki czterowymiarowej mógł przeciwstawić siłom egzekwującym prawo ― siły własne, wcale nie gorsze. Było tak przynajmniej, dopóki jeszcze wszystko działało.

(powrót do odcinka pierwszego)

Informacja 2.

(powrót do odcinka pierwszego)

W pewnej odległości od miasta W. znajdowało się miasteczko G., dokąd dało się dojechać autobusem. Miasteczko G. było stolicą powiatu, dysponowało stadionem, basenem, dworcem PKS i biblioteką miejską. Przebiegała tędy jedna z dróg krajowych. Pod starodawnym drzewem w parku wysikał się ponoć kiedyś sam Hugo Kołłątaj.

Na południowych obrzeżach miasteczko G. kończyło się kratownicą uliczek wyłożonych brukową kostką, na której w równych odstępach leżały garby spowalniające. Teren podzielony był na posesje przynależące do domków jednorodzinnych. Zazwyczaj bywało tu cicho; samochody stały zaparkowane jeden z drugim wzdłuż krawężników; rano widać było kobiety z zakupami w wózkach lub foliowych reklamówkach, albo młodych ojców popychających spacerówki. Gdzieś w tej okolicy, ściślej na Klonowej 14, przechodzień mijał, nie dostrzegając, biały piętrowy budynek pokryty czerwoną dachówką. W ogrodzie, między świerkowymi drzewkami i rabatkami barwnych kwiatków, kręcił się skundlony owczarek o jasnej sierści. Wybetonowana ścieżka wiodła od furtki na schody i do wejścia; wzdłuż ścieżki miniaturowe gąszcze swoich fioletowych listków wznosiły berberysy. W oknach widać było czyste firanki. Mieszkali tam państwo Dłociliscy, a z nimi ich jedyna córka, Emilia.

Pan Tomasz Dłociliski był niemal pięćdziesięcioletnim, chudym mężczyzną o bystrych oczach. Mówił zawsze powoli, tak jakby musiał każdemu słowu poświęcić przynajmniej pół mgnienia namysłu. Zapewne pozostało mu z młodości, kiedy to, naczytawszy się książek, zapragnął zostać pisarzem i napisać powieść współczesną. Spędził nad nią kilka lat podczas studiów, myśląc o przyszłej sławie i haśle w encyklopedii PWN; udało mu się w tym czasie wydrukować kilka krótkich rzeczy w podziemnej prasie antykomunistycznej, ale główne dzieło pozostało nieukończone. Jak powiedział kiedyś Emilii, nie potrafił stworzyć czegoś, co by go zadowoliło. Przytłaczała go świadomość wszystkich wielkich książek, które były już — nieodwołalnie — napisane.

W wieku dwudziestu pięciu lat spalił więc rękopis i ożenił się, a w końcu ustatkował jako kierownik wydziału w starostwie powiatowym w G. Przekonywał Emilię, że to nie jest takie całkiem byle co: każdy człowiek powinien robić sumiennie to, co przypisano jego miejscu pod słońcem. Pan Dłociliski był więc powołany, by w codziennej rzeczywistości, pełnej formalizmu, pretensji i układzików, podtrzymywać ziemskie życie idei republiki i obywatela. Chodziło tu może raczej o pewien rodzaj obowiązku wobec ludzi, którzy od niego zależeli. Córce jego przejęcie pracą wydawało się dość śmieszne w porównaniu z dawnymi marzeniami.

Pokazał jej kiedyś, by wyjaśnić swoje powody, kupowane dawno temu książki wydawane w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych. Miały dziś wartość makulatury. Ich autorzy miesiącami pokrywali papier zdaniami, jakie wydawały im się nowe, głębokie i ciekawe. Tak się przynajmniej wydawało przy kartkowaniu kiepsko sklejanych i oprawianych tomów, które nieraz rozpadały się przy pierwszym czytaniu. Emilia ze dwa razy uparła się, że przeczyta taką książkę, by nie pozwolić jej zupełnie przepaść. Robiła to z litości do autorów, z których zdawało się pozostawać jedynie zdjęcie, rok urodzenia i suchy spis dzieł: to, co podawano na tylnej okładce. Ale nigdy taka lektura nie wyszła poza czternastą stronę. Nie było nikogo, z kim by się dało rozmawiać o tych martwych dziełach. Nie potrafiły mieć już znaczenia i uroku w porównaniu z prawdziwym życiem ― a, jak sądził pan Dłociliski, sztuka powinna czynić to prawdziwe życie stratą czasu.

O ile pan Tomasz mógł dotrzeć do swego urzędu rowerem, pani Urszula Majek-Dłociliska, matka Emilii, musiała dojeżdżać rano samochodem do szpitala w mieście W. Pracowała jako lekarz onkolog. Życie pani Urszuli wymagało od niej niemałej odporności psychicznej, nie tylko z powodu rutynowego stykania się ze śmiercią, i w sumie nie za wiele w tym życiu miała dla siebie. Do G. wracała zmęczona i nerwowo wyczerpana: potrzebowała szybkiej drzemki i dwóch kaw, zanim była w stanie wziąć się za prace domowe. Zdarzało jej się wściekać na męża, który, jak uważała, myślał raczej o sobie niż o byciu podporą dla żony. Trzeba jednak przyznać, że zarabiała więcej od niego. Dzięki temu mogła zapewnić córce wiele rzeczy potrzebnych jej zainteresowaniom.

Emilia miała osiemnaście lat i chodziła do liceum w G. Uczyła się raczej dobrze, jednak nie miała wielu koleżanek.

Nigdy by jej nie przyszło do głowy, żeby marzyć o byciu gwiazdą filmową, żoną piłkarza czy kimś w tym rodzaju. Kiedyś chciała zostać poetką, malarką albo wielką uczoną; potem w jej ręce wpadła stara książka o programowaniu w języku BASIC, walająca się u jakiegoś wujka. Emilię z miejsca zafascynowały te proste matematyczne abstrakcje, zmienne, funkcje i pętle, które można układać jak klocki. Po wielu godzinach była zaskoczona, jak radośnie i łatwo jej umysł potrafi rozbudowywać takie konstrukcje na papierze lub tylko w myśli, i nawet żmudne łowienie popełnionych w entuzjazmie błędów — gdy już zasiadła do komputera — miało urok rzeczywistej, profesjonalnej pracy. Kiedy Emilia projektowała jakąś aplikację czy algorytm, w dzień i w nocy problemy biły się w jej umyśle z rozwiązaniami; czekała wciąż, aż będzie mogła usiąść przed klawiaturą, by przebić sobie drogę o te kilkadziesiąt linii kodu naprzód.

Rodzice mało z tego rozumieli, chociaż też nie przeszkadzali. Ojciec nie brał w ogóle Internetu na poważnie; uważał, że córka powinna wyrosnąć z gier komputerowych i nie przejmować się tak fanatycznie wypisywaniem bloków znaczków. Puszczał mimo uszu egzaltowane wyjaśnienia córki, że to przecież systemy symboli, równie dobre jak książki. Matka wydawała się pojmować z programowania tyle, że to potencjalnie dobrze płatna praca.

Emilia zwykle spędzała wolny czas nad książką albo przed swoją oblicznicą. Czarna maszyna, szumiąca cicho pod blatem wciśniętego w kąt sosnowego biurka, była jak koń albo oddział żołnierzy oddany dziewczynie. Kiedy po rozruchu zastygał obraz na monitorze, Emilia włączała systemową konsolę i zawieszała na chwilę palce nad plastikowymi klawiszami. Na ciemnym tle, za znakami oznaczającymi bieżącego użytkownika i katalog domowy, monotonnie migotał kursor. W tej chwili wypadki pozostawały w stanie zawieszenia: czystej możliwości, biegnącej we wszystkich kierunkach. W końcu jednak Emilia musiała wpisać pierwszą komendę tego dnia.

Czasem niejasno doznawała podobnego uczucia, myśląc o swoim życiu. Od swojego „teraz” mogła wywodzić różne linie czasu, zdarzenia zawsze wyprowadzające ją gdzieś daleko poza miasteczko G. — i to, że z jej teraźniejszości wychodziły owe linie, lśniące obok siebie jak pędzące światła, mogło chwilami osłodzić całą szarą nędzę młodości. Ale później plątały się one Emilii i gdzieś uciekały. Zostawała wtedy sama wobec zużytej miękkości starej poduszki, w którą ukrywała głowę, leżąc bezwładnie, nie umiejąc płakać. Komputer informował zaś pustą przestrzeń o błędach kompilacji, linia za linią.

(powrót do odcinka pierwszego)

Informacja 1.

Każdy widzi siebie w jakiś sposób i, mocą brutalnego faktu, jest przez innych widziany. Chciałoby się mieć nad tym jakąś władzę, móc stawiać między sobą a ludźmi ściany, soczewki... najlepiej byłoby wycinać w mózgach chłodnym skalpelem drogi odpowiednim elektrycznym prądom.

Ale my w tej firmie łowimy dusze, twarze i osobowości.

Zdjęcie pierwsze. Zatłoczony peron na miejskiej stacji kolejowej. Na pierwszym planie dyskutują dwie rozmazane kobiety, na tory patrzy smutny chłopak w rurkach, ze słuchawkami na uszach, jeden z wąsatych panów mówi coś do drugiego. Dziewczynki w kółeczku śmieją się, odsłaniając zęby i języki. Poznajemy hakerkę po tym, że stoi samotna ― niedaleko wysokiego, betonowego słupa latarni ― prosto jak statua ― chuda, lecz wcale nie wysoka; jedynie głowa jest pochylona w stronę książki, którą dziewczyna trzyma przy brzuchu.

Nie możemy stąd dostrzec twarzy. Przesłaniają ją gęste włosy, opadające na plecy, skręcone w drobne loki. Ich barwę trudno by w popołudniowym oświetleniu określić inaczej niż jako ciemny, miodowy blond.

Cóż można jeszcze dodać? Krój błękitnych dżinsów jest żeński, ale dość luźny. Ciało okrywa piaskowa kurtka jesienna z zielonym szalikiem.

Zdjęcie drugie. Tym razem widzimy ją z przodu, z drobnymi rękami złożonymi pod piersią ― delikatnie zaznaczoną pod swetrem ― wzrokiem zwróconym w bok ― ustami zaciśniętymi. Książkę hakerka schowała przed chwilą do plecaka, leżącego na ziemi, pomiędzy jej stopami.

Twarz nie wydaje się zbyt ładna. Jest względnie długa i troszkę wąska, z wysokim nosem, wyraźnie rozszerzonym u końca. Wargi są ledwie zaznaczone. Oczy duże, bystre, jasnoniebieskie. To jedno z tych oblicz, gdzie właśnie oczy wyglądają jak wyrzucone z bardziej świetnego otoczenia, skąd musiały trafić w przypadkowe towarzystwo innych części twarzy, całkiem przeciętnych.

Zdjęcie trzecie. Nasz natrętny wzrok i ten dziewczyny spotykają się. Nie chciała tego. Możemy przybliżać obraz, jak tylko chcemy, i oglądać najmniejsze pory na skórze.

Jednak w jej spojrzeniu z tej sekundy nie ma złości czy zaczepki, która zapewne pojawiłaby się u nastolatki. Nie ma także ani odrobiny życzliwości ani zaciekawienia. Patrzy na nas spod swoich włosów, w których stanie zauważa się słabe próby maskowania niedbalstwa, i jest w tym coś z wyglądania zza kraty... nie tylko dlatego, że zamknęliśmy hakerkę w ciemnym pudełku aparatu... bo mimo tego pozornego schwytania dziewczyna żyje w celi innego rodzaju, gdzie nie zostaniemy wpuszczeni.

Czyż u większości młodych kobiet nie świeci się w oczach jakaś chęć podobania się światu, która rzeczywiście pozwala im się podobać ― nawet kiedy się nie uśmiechają? I wydaje się, że na twarzy hakerki ta chęć jest doszczętnie i beznadziejnie zagłuszona przez inne dążenia, inne pragnienia, popychające bezwolne chude ciało w stronę wskazaną przez ich kaprysy. Pod tym względem być może ta dziewczyna jest dziecinna.